niedziela, 20 stycznia 2013

Z POŚLIZGIEM- bo zima, rubieży ciąg dalszy

Chronologia mi się porąbała, bo nic tylko praca i praca a końca nie widać. FOKSIOWĄ zmogło i gnije w domu ,śląc od czasu do czasu smsy( dzisiaj powinien być jakiś żałobny, bo jutro wraca NA PLACÓWKI ŁONO) a my z KOLEŻANKĄ udajemy ,że wszystko pod kontrolą i nie dajemy się krążącej grypie ( raz w roku wystarczy!).
ŁASKAWCA (czyli prywatnie młodszy , choć większy BRAT MÓJ) zgodził się  zwieźć pozostałych ochotników do Lublina  na wystawę szopek.Uknułam sprytny plan, bo chciałam zaliczyć miejscowy SH przy katedrze i od rana smędziłam,ze nam szopki zamkną (SH do 14.00)
Udało się!
-To przy którym szmateksie cię wysadzić?- zapytał SZUKAJĄCY PARKINGU i zrozumiałam,ze powiedzenie NIE TAKA ŁADNA JAK SPRYTNA w ŻADNEJ części nie odnosi się do mnie.
-Widziałem jak szperałaś w necie- rozwiał moje podejrzenie co do jasnowidztwa-Było mówić MOWĄ OTWARTĄ-dodał i miał rację.
Wyskoczyłam jak rącza łania na zakazie parkowania i pognałam w kierunku katedry, po drodze skręcając w bramę. Chyba się opłacało

bo za całe 3 zł kupiłam misterną pracę nieznanej MONIKI.
Polataliśmy aż do totalnego zgłodnienia po szopkach
i dzięki inicjatywie MAŁŻONKA , który pokręcił się i poniuchał dotarliśmy na  wystawę szopek, ale za to w jakim otoczeniu!
WSZYSCY byli w szoku,

że jednak trafiliśmy, bo oznaczeń żadnych


nawet dzieciątko!
Zahipnotyzowali  OCZOKĘCIOŁAMI ZWIEDZAJĄCĄ  do tego stopnia,że bez szemrania dała się JAK DZIECKO zawieźć do, jak się wyraził brat- SKLEPU MARZEŃ- NIESPODZIANKI!
Wiedział podstępna bestia,że wszystko , co ma  w nazwie "sklep" przyciąga NIEKTÓRYCH jak magnes.
NIESPODZIANKA okazała się marketem JULA ze śrubkami, narzędziami itp, itd! ŚLUBNY był wniebowzięty - ja trochę mniej , ale trzymałam się dzielnie.
W nagrodę zabrano mnie nazajutrz do Nałęczowa w celach rekreacyjnych, a że zimno było
zalogowaliśmy się w knajpie
gdzie nęcona "kuchennymi rewolucjami" obżarłam się jak bąk i dlatego kolejne zdjęcia TOCZĄCEJ SIĘ PO PARKU musiał cykać MAŁŻONEK.
na zakończenie- TORBY KU CZCI-tego, co zaprosił i poobwoził
Dzięki współpracy z PANIĄ obniżającą futrom ceny-PRAWDZIWA LISIA
Dzięki niecierpliwości szyjącej- PRAWDZIWA KRZYWA NIEUDANA, ale jak się zawezmę, na pewno poprawię- KIEDYŚ!:)

sobota, 5 stycznia 2013

NOWOROCZNA TRADYCJA, czyli Polska wschodnia wita!

Jak zwykle, gdy nie mamy co ze sobą robić a PAN I WŁADCA (własnych złudzeń, co do rządzenia w TYM domu) ma wolne- jedziemy na kresy wschodnie, czyli do brata, który porzucił życie w mieście na rzecz latania po lesie. Opłacało się?
NAM NA PEWNO TAK!
- W tym roku jedziemy prosto do niego- zapowiedziałam pamiętając JAKIMI słowami nas obrzucił, gdy w ubiegłym roku samowolnie i bez należytych konsultacji skręciliśmy do Kazimierza Dolnego.
-A co ja się będę spieszył-KIEROWNIK I JEGO KIEROWNICA mieli jak zwykle zdanie odrębne i dzięki temu z wizgiem słyszanym w całych Puławach, skręciliśmy w ostatniej chwili w tzw"rejony zakazane"
Fara, chociaż odnowiona przywitała nas głuchym szczęknięciem zamków i mogliśmy ją oblecieć tylko dookoła (KIEROWNIK sugerował nakolannie,że niby GRZESZNA KOBIETA U BOKU JEGO-ale walnięty sójką w bok ,dobrowolnie zresetował POMYSŁA).
W kościółku " na górce" szopka mniej klimatyczna niż w roku ubiegłym- poszliśmy się pocieszać do galerii, których na szczęście jest mnóstwo.
Właśnie wybierałam szklaną zawieszkę
w galerii Bibelot, a SKĄPIEC za moimi plecami analizował ceny filcowych toreb- radośnie stwierdzając,że skoro MAŁŻONKA SAMA SIĘ OTORBIA-ON MA WIEEELKIE OSZCZĘDNOŚCI- telefon zasygnalizował ZAGROŻENIE!
Dzwonił TEN , CO NIE POZWALA NIGDZIE SKRĘCAĆ!
-Taaaaak- starałam się, aby mój głos nie brzmiał absolutnie kazimierzowodolnie.
-No i gdzie wy jesteście?- on również starał się , aby jego głos nie brzmiał podejrzliwie-potępiająco.
-Mamy MALUTKĄ przerwę na rozprostowanie nóg- KIEROWCA ZARZĄDZIŁ! dodałam na usprawiedliwienie- JA NIE CHCIAŁAM!- wypsnęło mi się, zanim ugryzłam się w język.
-A w jakiej miejscowości PROSTUJECIE TE NOGI?- głos BRATA ociekał słodyczą a ja wiedziałam,że jestem ZGUBIONA!
Zanim zdążyłam zadecydować oszustwo , czy prawda- problem rozwiązał się sam.
-POZNAŁEM PO GŁOSIE,ŻE ZNOWU SIĘ SZLAJACIE PO TYM PIERDZIELONYM KAZIMIERZU-zagrzmiał BRAT ( a ponieważ o 12 lat młodszy- zawsze takie teksty bardzo mnie bawią- DOROSŁA SMARKATERIA- NIE MA CO!)
-Proszę mi tu nie wyzywać, bo  W KULTURALNYM TOWARZYSTWIE JESTEM- odpowiedziałam z godnością, nie zważając na to,że KULTURALNE TOWARZYSTWO akurat w tej chwili obskakuje mnie jak pinczerek buldoga i nachalnie "a co?, a co?, a co?" SIĘ DOPYTUJE-oddałam słuchawkę WŚCIBSKIEMU.
-Mamy dwie i pół godziny czasu!- oznajmił po zwróceniu telefonu we właściwe ręce-CHYBA NA NAS CZEKAJĄ!
Po tym odkryciu pognaliśmy jak sarny na polowaniu do naszego BŁĘKITNEGO GROMU, który zaskoczył nas częściową ślepotą- prawe światło nie działało!
-Nie pojadę po nocy jak jednoślad, bo mnie kto skasuje- podjął słuszną decyzję KIEROWCA , ale w galeriach -ŻARÓWEK nie było!
Po godzinie ( podzielonej pół na pół na poszukiwania i gmeranie pod maską)- ruszyliśmy!
BRAT na szczęście nie zamknął się na głucho i dostaliśmy NAJLEPSZY APARTAMENT
POKÓJ Z CHOINKĄ I DOSTĘPEM DO KOTA
oraz niechętną obietnicę- wycieczki do Lublina ( w którym, jak twierdzi MIEJSCOWY nic nie ma)
PS. Torba uszyta w ramach oszczędności- filc i świąteczne bombki w jednym!


wtorek, 25 grudnia 2012

WYCIĄGNĄĆ NÓŻKI, czyli to co w świętowaniu najlepsze

Byłam pewna,ze choinka zostanie na etapie drabiny a podstawą kolacji wigilijnej będzie barszczyk z torebki zagryzany słonymi paluszkami, bo poziom własnej energii życiowej określiłabym na bliski niskim stanom średnim, ale co znaczy MOTYWACJA!
ŚLUBNY- nie pomagał. Przytargał chabazia, ale zaakceptowałam wybór- przynajmniej był w domu ktoś brzydszy ode mnie.
SYNOWIE- jak to synowie- milion ważniejszych spraw i słowo POMOC jako ostatnie na liście priorytetów. Pomogło dopiero matczyne " chyba zemrę..." poparte malowniczym słanianiem się po fotelach i kanapie z kotem miauczącym u nóg ( na Truśkę zawsze można liczyć)

- Widzicie kot nawet za mną łazi, bo wykrywa rychły zgon!- nie dali się nabrać, ale pokoje posprzątali w standardzie PRAWIEMAMUSIOWYM. Swoją drogą stan ten okazał się krótkotrwałym i już dziś pokoje wyglądały prawie jak zawsze.
-Naprawię te choinkę- zaoferował TEN CO PRZYNIÓSŁ i rzeczywiście- dosztukował, poczarował i stoi ( przynajmniej do dziś).Wierzchołek zapobiegawczo przywiązany do karnisza, więc na pewno znienacka nikogo nie przywali.
MOTYWACJA przyszła z najmniej oczekiwanej strony- ozdobiona tatuażem z sercem przebitym strzałą na prawej dłoni a z paczką w dłoni lewej.
Od razu mi się polepszyło, bo na przesyłkę

czekałam z niecierpliwością porównywalną z koniem w blokach startowych.Niecierpliwie rozdarłam papier- kto by tam szukał nożyczek?!W środku- PUDEŁKO PO BUTACH!- trochę się zdziwiłam,że książki tak się teraz pakuje, ale jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy zdjęłam pokrywkę- W ŚRODKU BYŁY BUTY!
( ANI MÓJ ROZMIAR , ANI GUST!)
Minutę zajęło mi składanie kartki z adresem- częściowo się udało, ale adres i tak był ledwo czytelny. Kolejne pół minuty poświęciłam na przykrycie kreacji dresowo- sprzątaniowej kurtką i nie zważając na przylizaną grzywkę, totalny brak makijażu i oblicze WYRAŹNIE PO CHOROBIE, pognałam pod adres ( na szczęście na tej samej ulicy) pewna,że moja przesyłka już tam czeka.
NIESTETY NIE CZEKAŁA! W drodze do domu powstały alternatywne scenariusze:

  • człowiek z tatuażem dział na zlecenie mafii czytelniczej
  • kobieta jest jego wspólniczką a buty w grubej podeszwie ukrywały Bóg wie co i dlatego trafiły pod mój adres
  • NIGDY NIE ODZYSKAM MOJEJ KSIĄŻKI!- na tym stanęło i uryczana- brzydka, z przylizaną grzywką i w dresie, Z PUSTYMI RĘKAMI, stanęłam w drzwiach.
ŻYCIE W DOMU W TEJ CHWILI ZAMARŁO i zaraz weszło na wysokie obroty:
-ZADZWOŃ SOBIE DO KOLEŻANKI A JA SIĘ WSZYSTKIM ZAJMĘ-zadysponował DYSPOZYTOR i nie wiem jak to zrobił, ale za pół godziny CZŁOWIEK Z TATUAŻEM STANĄŁ W DRZWIACH- z przeprosinami  Z PACZKĄ!
ŚWIAT znów nabrał barw a ja ruszyłam kurcgalopkiem do roboty, bo jak ZAUWAŻONO wcześniej ( przed KRYZYSEM)- MASZ PRZECIEŻ WOLNE I DUUUŻO CZASU!
I UDAŁO SIĘ!



A TERAZ-Rodzina nakarmiona zapada w mam nadzieję  w błogi sen lub przydrzemuje przed komputerem A JA W POCZUCIU DOBRZE SPEŁNIONEGO OBOWIĄZKU -WYCIĄGAM NÓŻKI I CIESZĘ SIĘ ŻYCIEM!
SERDECZNIE DZIĘKUJĘ ZA TYLE MIŁYCH ŻYCZEŃ
I
WZAJEMNIE- ŻYCZĘ WAM WSZYSTKIEGO, CZEGO TYLKO CHCECIE- NIECH SIĘ SPEŁNI JAK NAJSZYBCIEJ!:)

sobota, 22 grudnia 2012

DWA KOŃCE ŚWIATA-na szczęście za nami

ŚLUBNY wzdychał i zataczał coraz ciaśniejsze kręgi wokół ŁOŻA BOLEŚCI( najbliższego łazience) ,na którym gnili połączeni wspólnym wirusem ŻONA I MŁODSZY ( STARSZEGO tylko MGLIŁO, więc został zesłany do swojego pokoju, aby w towarzystwie stworów z kosmosu razem z Mulderem tropić niezbadane).
Westchnienia słychać było chyba u sąsiadów.
W końcu podniosłam bolącą powiekę , bo jak tu spokojnie wegetować , gdy obok zaczynają się uroczystości żałobne
-JESZCZE ŻYJĘ-oznajmiłam wzdychającemu
-Ale MNIE coś bierze!-wyjęczał ŻAŁOBNIK -i nie wiem, CO TO BĘDZIE, GDY JESZCZE JA ZACHORUJĘ?!
-Co ci jest?- zadałam pytanie z grupy "obowiązkowe, podgrupa-udające troskę"
-WŁAŚNIE NIE WIEM!-zajęczał przyszły chory i zwalił się obok nas z termometrem pod pachą.
Od razu mi się polepszyło i już widziałam świąteczne aranżacje, które w stanie NIEZMIENIONYM dotrwają aż do końca naszych dni
Wigilijny stół w całej krasie -WIDAĆ KTO PISZE TE POSTY!
Nasza tegoroczna choinka
( ten czerwony zawijas, to wyginający się w paroksyzmie obrzydzenia aniołek- powiesili go na brudnej szybie!)
-TO KTO POJEDZIE WĘDZIĆ DO TWOJEJ MAMUSI?-zadałam pytanie w tym momencie kluczowe, które wykazało tym razem swoją ozdrowieńczą moc.
Wprawdzie WĘDZARNIK musiał jeden dzień odleżeć ( termometr i 37,5 ni kłamali) ale ponieważ innych objawów nie stwierdzono, a wypowiedzi typu "tak mi jakoś" i " nic mi się nie chce" zdiagnozowano jako STAN NORMALNY I WCALE NIE PRZEJŚCIOWY, po dwóch dniach z wielka radością opuścił  DOCHODZĄCYCH DO SIEBIE i na skrzydłach tęsknoty poszybował TAM GDZIE WSZYSCY GO  ROZUMIEJĄ, w skrócie- ku mamusi.( Wrócił jeszcze tego samego popołudnia , bo jednak NIE DO KOŃCA go rozumieli).
CHORZY w tym czasie odkrywali dobrodziejstwa telewizji, bo na czytanie sił nie było.
Żadne filmy wymagające wysiłku intelektualnego nie wchodziły w grę. Nawet "Trudne sprawy" nas przerastały , ale odkryliśmy dzięki chorobie kanał, który jeszcze tego dnia postawił nas do pionu.
Jego bohaterem był wróżbita DAMIAN a ofiarami istoty, które wybuliwszy 4zł mogły zadać mu JEDNO pytanie. Szło w tempie teledyskowym a nam gały z orbit wychodziły. Po pięciu minutach MUSIAŁAM wstać,żeby w necie sprawdzić, czy anioł, którego człowiek ów przywołuje to nie Belzebub jakiś, tym bardziej,że wydzwaniały  na ogół panie w wieku MAMUSIOPODOBNYM.
Okazało się,że to anioły tarota,o których dotąd nie miałam pojęcia.
-Widać,że koniec świata nadchodzi- skomentował MŁODSZY,a ja poleciałam po notatnik,żeby podzielić się później Z TYMI CO NIE ZAPŁACILI:)
Cytaty wróżbity:
  • KOCHANIE, ALE ŻEŚ "TRAFŁA"-do pani, której się udało dodzwonić
  • Niebiańskie pochodnie i święty płomień wypalą twoje problemy
Upajanie się przerwał nam telefon od KOLEŻANKI
-Czeeeeeeść- ZAŁKAŁO W SŁUCHAWCE-jestem chooooooora- wydyszała bidulka, bo niestety kto z kim przestaje- TEN SIĘ OD NIEGO ZARAŻA.
W dodatku jej adres mejlowy zachorował, bo zaczęły się przy nim pojawiać jakieś krzaczki i pomimo samopoczucia na skraju życia i śmierci zaczęła prowadzić ożywioną korespondencję z OPERATOREM
- A ONI W KÓŁKO I W KÓŁKO-JAKĄ MA PANI PRZEGLĄDARKĘ? i w końcu z tego wszystkiego podpisałam się zamiast XXXXXX YYYYYY (tu pada realne imię i nazwisko)- XXXXXXX Mozilla- I O MAŁO TEGO NIE WYSŁAŁAM!
- Ty leż i choruj- doradziłam, ale uprzedził mnie RODZONY ZIĘĆ KOLEŻANKI, który przewidział,ze odpisze jej WACŁAW EXPLORER.
Opłacało się chorować,żeby jeszcze tego samego dnia osobiście rozpakować prezent- WYGRANĄ od villa vintage
I OD RAZU STANĘŁAM NA NOGI!!!
Za życzenia powrotu do zdrowia serdecznie dziękuję, bo to również dzięki nim szybko wróciłam do stanu używalności.
ŻYCZĘ WSZYSTKIM UDANEGO WEEKENDU i lecę OGARNIAĆ!
ps. NAPISANE, BO FOKSIOWA KAZAŁA;)

czwartek, 20 grudnia 2012

UCIECZKA Z PLACU BOJU, czyli czasem człowiek pada na pysk

Gdy po owocnym szkoleniu dowlokłam się do domu- jedyną myślą kołatającą się w przeorganizowanym przez SZKOLENIE czerepie, było ZALEGNĄĆ gdzieś w kącie i udawać,że mnie nie ma.
-JESTEM WYKOŃCZONA!-obwieściłam od progu,żeby uciąć wszystkie zdania zaczynające się od "słuchaj...", bo akurat w naszym domu rozpoczyna to zazwyczaj listę życzeń a  w tym momencie ŻADNYCH życzeń nie chciałam spełniać ( w końcu mieszałam w niebieskiej a nie złotej farbie- złotą rybką nie zostałam NA PEWNO!).
-TO COŚ TY TAM ROBIŁA!?-zawiedziony WSPIERAJĄCY, (który w myślach już uzupełnił listę zadań na dziś-  dopiskami- żona, żona, żona, )udawał zainteresowanie.
Podniosłam do góry NIEBIESKĄ DŁOŃ i wszelkie pytania ucichły w zarodku.
-A mówicie,że to ja mam PRZERAŻAJĄCE ZAINTERESOWANIA- skomentował STARSZY SYN NIEBIESKIEJ DŁONI i powrócił do swoich wirtualnych kumpli.Ostatnio długofalowo ogląda "Archiwum X", więc wpisałam się w klimat znakomicie.
Obiad oczywiście SAMI ugotowali i SAMI zjedli- dla mnie zostały buły i inspekcja lodówki.I właśnie to mi odpowiadało- BYLE NIE GOTOWAĆ!
Na deser uroczyście wchłonęłam zachomikowaną zabójczą czekoladkę i pomyślałam,że życie jednak nie jest takie złe.
Tego myślenia wystarczyło na dwie godziny, po których ukłonom przed toaletowym tronem nie było końca.
Gdy nad ranem zobaczyłam SWOJE PIĘTY OD ŚRODKA (bo żołądek i inne trzewia oglądałam od wewnątrz jeszcze wieczorem) a drugi koniec organizmu zaczął zazdrośnie walczyć o audiencję przy tronie z końcem pierwszym, postanowiłam zrezygnować z tak pięknie zapowiadającej się kariery zawodowej i odwiedzić lekarza.
- Po paru dniach pani przejdzie... na innego członka rodziny- pocieszył mnie i niestety jego proroctwa tym razem się spełniły.
Na drugi ogień poszedł MŁODSZY.
-Ja mam egzamiiiiny-jęczał
-Niiic ci na to nie poradzę- odjęczywałam, żałując  tylko,że nie mamy dwóch łazienek.
Skubańcowi przeszło na drugi dzień a ja dopiero czwartego dnia mogłam patrzeć na coś innego niż chleb z żółtym serem.
Dobrze,że dłubaniny szydełkowo- drutowo- szyciowo- torbowe skończyłam wcześniej
bo teraz właśnie dowiadywałam się,ze nawet WŁOSY MOGĄ BOLEĆ!
WSPIERAJĄCY podejrzanie snuł się cały czas w pobliżu i albo czekał na rychły koniec i wesołe życie wdowca na wolności, albo....ale o tym może napiszę , jak mi FOKSIOWA ZNOWU KAŻE:)
DOBRANOC:)

wtorek, 18 grudnia 2012

IDĄ ŚWIĘTA- MY SIĘ SZKOLIMY I...mamy jak mamy

Jak zwykle , gdy pod koniec roku zostaje kasa na firmowym koncie- co się robi? Nie, nie daje pracownikom na rozkurz, tylko organizuje się SZKOLENIA!!!.
30 godzin w cztery dni!!!- powiało grozą.
Jedna z uczestniczek od razu zapobiegawczo zapaliła sobie płuca, druga od protestów straciła głos a MY czyli trzy w jednym: KOLEŻANKA, FOKSIOWA I JA !we własnej nieogarniętej osobie):
  • walimy zastępstwa niczym Pstrowski na przodku ( wszystkie trzy)a potem się dziwimy- SKĄD SIĘ BIERZE DZIECIOWSTRĘT
  • jemy obiady w szkolnej stołówce (zapobiegliwe KOLEŻANKA I FOKSIOWA) a rodziny w tym czasie głodem handlują
  • jemy ZUPY CHIŃSKIE W SŁOIKU PO OGÓRACH ŁYŻECZKĄ DO KAWY ( zapominalska , beztalerzowa JA) wywołując komentarze znienacka wchodzących SPRZĄTAJĄCYCH
-AAAAA... to ja przepraszam, bo nie wiedziałam CO SIĘ TU WYRABIA!

  • a bezpośrednio po rozprowadzeniu ostatnich opornych po wielu świetlicach- idziemy SIĘ szkolić.
Wytrzymałam dwa dni, podczas których:

  • zapoznałam się z pozostałymi uczestnikami szkolenia ( i nieważne,że z niektórymi ciągniemy ten sam wózek już ponad 20 lat-ZAPOZNAĆ MOŻNA SIĘ ZAWSZE!)
  • dowiedziałam się, czego jeszcze nie wiem , czyli tego samego co KOLEŻANKA I FOKSIOWA, bo mamy chyba wspólną jaźń
  • zagłosowałam,żeby na drugi dzień były ZAJĘCIA PRAKTYCZNE (jedna z kursantek zgłosiła się na ochotnika do zakupu zbiorowego- mydła JELEŃ)
  • NA DRUGI DZIEŃ próbowałam judzić,żeby ZAJĘĆ PRAKTYCZNYCH JEDNAK NIE BYŁO, bo marzyły mi się slajdy  i sen w ciemnościach na ławce
SZKOLENIOWIEC już się łamał, ale RUDA- nasza etatowa SZOŁŁUMENKA zgasiła mnie:
-Już ty sobie leż na tej ławce, ja za ciebie to mydło potrę- I POTARŁA!
Nie mogłam być gorsza i kiedy przyszło do rozrabiania farby, ochoczo wystrzeliłam ze swojego kąta, wybierając w dodatku najbardziej jadowity błękit. Farbę wyrobiłam i po kliku minutach radości, mam pamiątkę od tygodnia- PRAWĄ RĘKĘ W KOLORZE BLUE!
CZEMU NIE WYBRAŁAM ŻÓŁTEJ?!-symulowałabym  żółtaczkę i miała świąteczne porządki z głowy !-kombinowałam i widać KTOŚ mnie usłyszał, bo na drugi dzień PADŁAM jak kawka na jelitówkę a pan doktor widząc OBJAWY ( W TYM NIEBIESKĄ RĘKĘ) w trosce o zdrowie moje i innych wolał zwolnić mnie z pracy aż do świąt.
O choroba!Chyba jedyną choinką jaką będę miała,będzie TA
wyfilcowana na kole rękodzieła jeszcze obiema CIELISTYMI rękoma.
O tym JAK się choruje, gdy INNI pracują- NA SPECJALNE ŻYCZENIE FOKSIOWEJ już wkrótce.

czwartek, 6 grudnia 2012

KULTURA PRZEZ DUŻE Q, czyli odchamiamy się na potęgę

Rano wyjazd do teatru- zdziwionych porą spektaklu informuję,że to teatr specyficzny, w którym toalety kończą się na wysokości łydek, a na drzwiach wejściowych oprócz zakazu korzystania z komórek, widnieją ikonki ZAKAZUJĄCE JEDZENIA I PICIA ( nawet jak się komuś BARDZO chce!- przypomnienie NAGABYWANEJ) ku jawnie okazywanej rozpaczy widzów.
W klasie byłam już o świcie, aby pomóc Mikołajowi porozkładać paczki ( nawet dla niedowiarka TAJFUNA nie brakło). Potem klasę opieczętowałam, poprawiłam włos rozwiany i udałam się przed PLACÓWKĘ,  celem odliczenia KONSUMENTÓW DÓBR KULTURY- stawili się wszyscy.
Tajfun zaczął jeść już w autokarze, a na moje  groźne spojrzenie, oprócz zwyczajowego "no, cOOOOOO?" zareagował nerwowym miętoleniem torebki z chrupkami, które pewnie potem musiał jeść metodą zassania ( dobrze,że nie poszło w płuca, bo wróciłoby dziecko z pylicą).
Przy wejściu zostałam 16 razy upomniana,żebym nie zapomniała wyłączyć komórki i z wdzięczności za cenne uwagi, odwdzięczyłam się stukaniem w logo- "zakaz dokarmiania" ( oznak wdzięczności raczej nie zauważyłam)
Spektakl ("Brzydkie kaczątko") początkowo nie wywarł na ekipie ogromnego wrażenia, myśli ich bowiem krążyły wokół toreb z przekąskami, które co chwila tłamsili celem sprawdzenia zawartości.
Scenografia- "raz na ludowo" od razu podbiła moje serce,




żródło-http://www.teatr.bedzin.pl/spektakle-dla-dzieci/articles/brzydkie-kaczatko-138.html

 ale dopiero, gdy zwierzęta krzyczące BRZYDAL!zostały wsparte przez jakąś  siedzącą niedaleko mnie LELIJĘ, która jak echo bezmyślnie powtórzyła "brzydal " cieniutkim głosikiem-  na sali ZAPADŁA GŁUCHA CISZA- wszystkie głowy potępieńczo wbiły wzrok w delikwentkę, a moja MĄDRALIŃSKA podsumowała WCALE NIE szeptem  SCENICZNYM:
-No TERAZ to już mi się NAPRAWDĘ chce płakać!
PRZERWA- pędzimy jeść i dyskutować o SZTUCE- jak zwykle tylko TAJFUNOWI niezbyt się podoba, ale nikt tym razem nie zwraca na niego uwagi.
-PANI WIE- zagaja HARRY POTTER,-ZE JA JUZ  POKONAŁEM WŁAŚNIE SWÓJ STRACH?
-A czego się bałeś?- pytam, bo nie wyglądał mi na szczególnie lękliwego.
-NO TEATRU PSECIEZ-wyjaśnił, a ja skonstatowałam,że własnie straciłam kolejny element dysyplinujący i co gorsza NIGDY ( z powodu niewiedzy) z niego nie skorzystałam.
A mogłam w chwili OSTATECZNEJ zagrozić- BO PÓJDZIESZ DO TEATRU!-pogróżka  skuteczna i jaka QLTURALNA!
Po spektaklu wizyta w klasie i zbiorowe zadziwienie- SKĄD MIKOŁAJ WIEDZIAŁ, GDZIE KTO SIEDZI??? i dociekliwe pytania TAJFUNA:
-CZY RODZICE TEŻ MOGĄ POMAGAĆ MIKOŁAJOWI? CZY TEN , CO TU BYŁ TO ABY PRAWDZIWY?
Zbiorowe wyjaśnienia: ( to znaczy jeden przez drugiego)
-Prawdziwy, bo SKĄD WIEDZIAŁ,ŻE NASZA PANI KAWĘ PIJE?
-NIEGRZECZNYM prezenty dają rodzice- WIADOMO Z LITOŚCI!!!-i już się nie pytał.
Raz tylko jeszcze się zdziwił, gdy zobaczył w innej klasie " lepsiejsze prezenty", ale moje " widocznie byli grzeczniejsi" przyjął ze z rozumieniem.
Po południu  WERNISAŻ-dobrze,że przedpołudnie spędziłyśmy QLTURALNIE-byłyśmy z KOLEŻANKĄ I FOKSIOWĄ stosownie ubrane ( żałowałam tylko,że nie lansowałam się z jakąś nową torbą). Zaprosiła nas dziewczyna, z którą kiedyś pracowałyśmy. Było miło, ładnie , smacznie i szampańsko
Powrót miałyśmy zapewniony , bo jedna z naszych koleżanek jak zwykle zaoferowała nam PODWÓZKĘ, z której jak zwykle skwapliwie skorzystałyśmy.
FOKSIOWA w swoim jasnym wełnianym, eleganckim płaszczyku wybrała komunikację miejską i chwała Bogu, bo ocaliła płaszczyk, gdy czarna beemka naszej KIEROWNICZKI zakopała się pod blokiem KOLEŻANKI.
BUKSOWANIE kołami nie dało nic.
Rzucanie klątw na prawo na lewo- efekt zero.
Musiałyśmy PCHAĆ- podkładając uprzednio zdewastowane pudła po  nowych butach KIEROWNICZKI, bo własne torby zdołałyśmy jakoś ocalić.
Okazałyśmy siłę porównywalną z naszą siłą woli, ale w świetle reflektorów okazało się,że przypominamy ofiary walk w błocie- NIE MA TO JAK NAPĘD NA TYLNE KOŁA.
I TYLE BYŁO Z TEJ KULTURY.
KIEROWNICZKA zaczęła się kajać a my dziękować za PRZYGODĘ.
Z UWAGI NA ŚNIEGI WOKÓŁ, NIKT Z DOMOWNIKÓW NIE ZDOŁAŁ ODGADNĄĆ GDZIE BYŁAM I CO ROBIŁAM- za karę biorą się jutro za mycie okien, bo jak nie to ...DO TEATRU!!! (może na nich akurat podziała- nie zaszkodzi spróbować)