piątek, 1 sierpnia 2014

zmiany, czyli...po staremu

Ślubny stanął na wysokości zadania i wywiózł najszybciej jak się dało ( czytaj- kierownictwo dało urlop) UKOCHANĄ na ukochaną wieś.
Złudzenia były piękne:

a rzeczywistość skrzeczała bardziej prozaicznie:

  • rwanie porzeczek (tłuszcz wytopił mi się z pleców)
  • robienie soku ( którego i tak nikt nie będzie chciał pić, bo wolą sklepowe) 
  • walka ze zmasowanym atakiem kłująco gryzacego robactwa i owadztwa
  • ropucha o 23.00 pod własnym łóżkiem- Chwała Bogu,że wysportowana jezdem i posiadam kije do "nordika", które  na razie posłużyły mi do przesuwania zasłon i wygarniania ropuchy spod łóżka, bo ŚLUBNY TERMINATOR pałał żądzą mordu i tylko ostrzeżenie-"Ropucha ma JAD!" powstrzymało go przed zbrodnią, a ona bidulka poszła spokojnie na "nocne kije".
Żeby nie było,że kupiłam kije dla ropuchy, na drugi dzień poleciałam pętelką w las. Upał jak w tropikach, pot leje się po... wszędzie a tu nagle przy kolejnym zakręcie głos z krzaków:
-Pani to tak dla zdrowia lata?- Babcia jagodzianka podniosła się z kolan, zasłaniając fartuchem "maszynkę"do zbierania.
-Taaaak- głos latającej o tyle niepewny, bo płuca dawno wyplute.
-Jagód by se pani nazbierała- też gimnastyka, a nie tak latać ( tu spojrzenie padło na przyodziewek sportowy) w majtkach po lesie!-   z dumą pokazała swój zbiór w wiadrze po farbie.
-Jagody to mój mąż lubi zbierać- jak się okazało POGRĄŻYŁAM SIĘ, bo Jagodzianka tylko westchnęła, coś tam o miastowych głupkach pomruczała i wzięła się do zbierania a ja popełzłam dalej, świadoma tego,że MUSZĘ NAD SOBĄ POPRACOWAĆ.
Tym bardziej,że wszędzie zachodzą ZMIANY!
Na naszym dziewiczym dotąd zbiorniku wodnym ruch i gwar oraz obiekty nieznane:

Nikomu jak widać nie przeszkadza,że woda ( dotąd ) czysta i cisza wokół
Moje ulubione Kuźnice Koneckie rozczarowały brakiem loterii "każdy los wygrywa" ale zaskoczyły wystawą malarstwa
i występem zespołu ludowego o jakże smacznej nazwie RZYGOWIANKI
W ramach zmian mi najbliższych uprzejmie donoszę,że:

  • wykonałam plan 50 letni, co zostało udokumentowane w/w kubasem oraz lekturą obowiązkową
z pracowicie wklejonym portretem ( bratostwo się postarało i wydarło RODZICIELCE pamniontke)
  • zamiast podróżować po świecie zbieram prezenty ZE świata:
  • od AGNI ( nie tylko ikona, ale naszyjnik - sowa gdzieś mi poleciała a smakołyki zeżarli)


a kije zabieram w tym roku na wycieczkę do Polanicy ( tam mnie nikt nie zna- mogę straszyć do woli).
Za granicę się nie wybieram , bo jak się okazało moja znajomość języków obcych jest na poziomie ŻENUA!!!!!
Uświadomił mi to MŁODSZY, gdy rozanielona wręczyłam mu koszulkę z angielskim napisem- według mnie ŻYCZĄCYM SZCZĘŚCIA
-Ty coś piłaś?- uśmiech lekko mi zwiądł- bo ja lubię dowcipne napisy, ale wszystko ma swoje granice- dodał, a potem wyjaśnił, co tak naprawdę słowo FART ZNACZY

STARSZY na szczęście przygarnął koszulkę nieboraczkę:
-Na siłownię jak znalazł- wszyscy będą się trzymać z daleka!
Muszę się jeszcze wieeeele nauczyć, ale mam czas- żyć będę dłuuuugo, bo śmiech przedłuża życie.

PS.Jeśli sił i weny starczy może coś skrobnę niedługo, bo Foksiowa wróci z kuracji i zaraz mnie rozliczy!

wtorek, 22 lipca 2014

jezdem, jezdem, ale leń mi się włączył

Wbrew nadziejom niektórych źle mi życzących " zielonka" upłynęła  z pieśnią na ustach,bo Tajfun zadziwił wszystkich i BYŁ GRZECZNY a Jakuza została profilaktycznie w mieście, gdzie na gościnnych występach w klasie drugiej, dowodziła tego,że jest grzeczna, tylko PANI się nie zna.
Plażowanie przyjmowało wprawdzie różne formy

a kreacje czasem wymagały poprawki
w tej zaszczytnej roli moja własna frotka do włosów
ale najważniejsze ,że wróciliśmy w komplecie, pomimo tego,że:
  • nasza pani próbowała nas utopić zabierając nas w morze i nie ostrzegając,że buja ( w dodatku piszczała razem z nami i zjeżdżała po ławeczce na CHUDZINKI, które nie przeczuwając niczego usadowiły się obok niej, żeby czuć się bezpiecznie)
  • pozwalała na zakopywanie w piasku i w najlepszym momencie ogłaszała zbiórkę, tak żeby CZŁOWIEK musiał wykopywać się w tempie ekspresowym zakopując jednocześnie własną czapkę ( a potem ZDZIWIONA,że czapki giną)
  • nie pozwalała na kupowanie glutów i bomb pierdzioszek ( w ostatnim dniu dopiero zmiękła i dzięki temu nasi rodzice dostali wspaniałe pamiątki)
  • ciągle siedziała na korytarzu z innymi paniami i nawet nie można było rozwinąć pełnej szybkości w biegu po pokojach
  • CIĄGLE KAZAŁA SIĘ MYĆ (chyba miała tajną umowę z wodociągami)
  • w czasie dyskoteki SUGEROWAŁA TANIEC! ( a wiadomo,że najlepiej zapiernicza się wokół sali- potrącając tych frajerów co posłuchali i tańczą).
Ponieważ te upojne chwile spędziłyśmy z Foksiową i Koleżanką- nic do szczęścia nam nie brakowało.
W szkole wszystko wróciło do normy- tajfun tajfunił , Rusałka ( na użytek zielonoszkołowy tajnie WŚCIEKLICĄ zwana) wygrzeczniała , tak,że z czystym sumieniem można było zakończyć rok szkolny.

Na rozdanie świadectw Tajfun przyszedł wprawdzie z bronią ( pistolet na wodę) ale jej nie użył, więc mogę sobie pogratulować,że odniosłam sukces wychowawczy

poparty pracowicie wykonanym dowodem- Dowód na to,że teraz mogę się lenić, bo to ten czas!

sobota, 24 maja 2014

GOTUJEM SIĘ-czyli prawie na walizach

Przygotowania do WIELKIEJ WYPRAWY zwanej dla niepoznaki "zieloną szkołą" rozkręcają się w  pięknym stylu. SPRYTNY WYCHOWAWCA próbuje z subtelnością hipopotama na linie zredukować liczbę uczestników eskapady, pytając podstępnie:
-Na peeewno chcesz jechać?- uczestników
-Czy państwo na pewno chcecie wysłać dziecko?- rodziców tychże.
Na obydwa pytania padają odpowiedzi twierdzące- jedziemy,  ku radości ( rodziców) w pełnym składzie.
-Bo za takie pieniądze ( słowa mamy Tajfuna)- to nigdzie się dziś dziecka nie wyśle, a wiem, co mówię-dodała w chwilę potem ,gdy zapewniała,że " syn na koloniach -a był już wiele razy ,zachowuje się bez zarzutu"
Podpisujemy regulaminy. Najwięcej zastrzeżeń wśród wilków morskich budzi tekst o kategorycznym zakazie kąpieli morskich.
-A co będzie-Rusałka jak zwykle dociekliwa-gdy KTOŚ przypadkiem, choć pani nie pozwoli, zmoczy sobie nogi do kolan?
W klasie powiało nadzieją na przypadki rządzące jak wiemy ludzkim losem.
-Wtedy- wychowawca jak zwykle był bezduszny- ta osoba będzie siedzieć ZA KARĘ pod wydmą w uroczym towarzystwie INNYCH pań i BĘDZIE Z NIMI DYSKUTOWAĆ O ŻYCIU!
Jęk rozpaczy przerwał głos Tajfuna:
-Noooo, ja tak miałem CAŁY CZAS na koloniach!
I to by było na tyle a propos jego grzeczności tamże. Skoro jednak przeżył-nadzieja wstąpiła w serca ludzkie.
Jeszcze tylko ogólnopolskie sprawdziany ( niektórzy się popłakali- BO GUPIE I TRUDNE! a jutro płakać będę ja- BO SPRAWDZAM!) i można się pakować.
W poniedziałek przynosimy koce- w ramach przygotowań do nauki na natury łonie ( a tak naprawdę dlatego,że nasza klasa w upały przypomina piec chlebowy ,a poza tym najlepiej się pisze na kolanie).
Pożegnalna wizyta na wsi w przytulisku - udana pomimo załamania pogody

a odkrycie największe- w miasteczku otworzyli Rossmanna!
W gumofilcach i gumowych kapotach- poszliśmy zwiedzać- tak jakby sklepów w naszym mieście nie było!Za nami ( przy każdej półce) CHUDZIAK w garniturze  z wielkim napisem- OCHRONA.
Ostatni raz miałam takie wzięcie w czasach panieńskich- młodzieniec czaił się za mną, przede mną i obok mnie- cały czas.
Opowiadam  o tym w domu naszej domowej kawalerce- tym razem w osobie STARSZEGO, chichrając się z naszych wiejskich, designerskich kreacji.
-Co się dziwisz- komentuje dziecię - NAJWIĘCEJ W ROSSMANnIE KRADNĄ STARE BABY- światła myśl nie musnąwszy nawet mózgu opuszcza jego usta i dopiero STUPOR MATCZYNY uświadamia mu ,że ZNOWU chlapnął.
-To ja ci może herbaty zrobię?- usiłuje zatrzeć NIEZATARTE.
-Nieee, dzięki- staram się zachować mimo wszystko powagę- Ja to chyba zacznę pić wodę dla zdrowia i zapiszę się na TWOJĄ siłownię, to może jakoś starość powstrzymam- I tata też! dodałam mściwie , a STARSZY śmignął do pokoju gryźć się w jęzor.
Dobrze,że nazbierałam ziela
przyda się do regeneracji urody, bo nad morzem przystojni marynarze i sprzedawcy ODCHUDZAJĄCEGO popcornu na pewno z utęsknieniem czekają na trzy Gracje, czyli KOLEŻANKĘ, FOKSIOWĄ I STARĄ BABĘ we własnej osobie!

poniedziałek, 12 maja 2014

ZAMIENIAMY SIĘ ROLAMI i zgubne skutki tegoż

Dzień zamiany ról - niestety nie w domu ( może choć raz coś zrobiłoby się samo) a w PLACÓWCE.
Młodzież należycie przygotowana:
 jest koczek- JAK NASZA PANI-tyle,że ja nie używam spinek, tylko frotki na frotki
 biżuteria- prawie jak autorska
torebeczka - specjalnie na ten dzień przyniesiona w tornistrze i pieczołowicie powieszona na właściwym miejscu. Były nawet okularki bez szybek i patrzenie znad nich- jednym słowem cała ja!
Ja wystąpiłam w twarzowych kucykach  z zielonymi kokardami, co wzbudziło rano szał i szok  w szatni szkolnej ( akurat w tym dniu miałam dyżur) .
Szał- ze strony młodzieży ( jeden "mój" udawał,że mnie nie zna a Rusałka wywlekała opornych z boksów,żeby podziw dla mojej inwencji nabrał charakteru co najmniej eurowizyjnego)
Szok- ze strony niezorientowanych rodziców, którzy pewnie, gdyby nie konieczność podrzucenia pociech GDZIEKOLWIEK-zabrali by je już z szatni ( radość byłaby obopólna)- prosto do kuratorium, które jak zwykle nasłałoby kolejną kontrolę.
Lekcje przebiegły tak jak powinny- dochodzę zatem do wniosku,że widocznie wcale nie jestem potrzebna.
Nawet Tajfun i Jakuza spisali się aż miło, a mnie pozwolono dwa razy zetrzeć tablicę, rozwiązać zadanie, gdy już NAPRAWDĘ nikt nie umiał i nawet otworzyć okno.
Samozadowolenie z sukcesów wychowawczych burzą wprawdzie wyniki ostatniego konkursu wiedzy o UE, gdzie jeden z "zamianowych nauczycieli" autorytatywnie stwierdził,że:

  • Watykan leży w "SZWECI"
  • Sekwana to najwyższy szczyt we Francji
a koleżanka z równoległej klasy pocieszyła sprawdzającą test KOLEŻANKĘ pisząc,że stolicą Włoch jest "pizza" , bo  KOLEŻANKA w  Rzymie jeszcze nie była a w "pizzy" jak najbardziej-od razu zrobiło się światowo!
Najbardziej ucieszył nas jednak fakt,że ( według wielu) ROSJA NALEŻY DO UE! (I o co te boje?)
Nic dziwnego,że po takich emocjach, człowiek MUSI wyjechać do terenów bezdzietnych
gdzie złowrogi kot pilnuje obejścia ( jazda z przygodami, ale daliśmy radę)
wiosna nieodmiennie zachwyca

i można dziergać i szyć, bo CZŁOWIEK  zajęty trawą i chwastami daje wolną rękę dziergaczce.
pasteLova
 szara  z szalem
 pikowane i ćwiekowane
i dalej ręce świerzbią- tylko czasu brak

niedziela, 20 kwietnia 2014

i ZNÓW ŚWIĘTA:)

JAKUZA TORSJA de domo WICHURA ( matki chrzestne proszę o mejla z adresem na alsto@op.pl oraz duuuże pokłady cierpliwości, bom ciągle w niedoczasie) poszła pewnie z koszyczkiem na egzorcyzmy, mam więc trochę czasu, bo jak wiadomo co z oczu , to  z serca , a zmora dusiła mnie ostatnimi czasy okrutnie i gdy już wydawało się,że odpuszcza atakowała ze zdwojoną siłą.Wyczuwając słaby punkt ANGIELSZCZYNY użerała się z nią przez dwadzieścia minut:
-ALE W OBRONIE KOLEGI!
-Którego?- zapytałam naiwnie, bo wizja Jakuzy jako obrończyni zmąciła mi mózg.
-TAJFUNA!-wyskandowała reszta-bo bawił się telefonem i nie chciał wyłączyć- zgroza konfidentów była aż nadto widoczna.
-BO ANGIELSKI JEST GUPI!- Tajfun napotkawszy pełen zrozumienia wzrok UKOCHANEGO WYCHOWAWCY widocznie poczuł,że zaraz trup będzie ścielił się gęsto, bo szybciutko dorzucił " w gratisie"
-Ale, JAK COŚ- to moge przeprosić.....
Jednym słowem sukces wychowawczy jak zbój!
Na szczęście ŚLUBNY, wyczuwając nastroje domowego pedagoga- odsunął go na bezpieczną odległość od DOMOWYCH WYCHOWANKÓW,którzy w tym roku zapowiedzieli,że W TYM ROKU ŚWIĄT NIE OBCHODZĄ i w związku z tym żadnego sprzątania i latania z koszyczkiem do kościoła nie będzie ( bo oni masa pracująca i są zmęczeni) i umożliwił mi porządkowanie przytuliska.
A tam spokój

-ŻADNYCH dzieci i nieograniczone możliwości sprzątania w pojedynkę, bo ORGANIZATOR natychmiast spylił do ogródka pod pretekstem ważnych przycinań i zagrabień

ukrył się gdzieś w krzakach i nic nie dało wypatrywanie zza zasłonki
Samotna i opuszczona, ale za to zgrzytająca zębami tak rzuciłam się w wir mycia, omiatania, przestawiania,że wieczorem trzeba mi było zdejmować skarpety ( i dobrze,że ogrodnik wraca na noc do domu- na coś przynajmniej się przydaje) bo sama nie mogłam się schylić.
Resztę pobytu wypoczynkowego- godzin 3- spędziłam w nowopowstałym kąciku czytelniczym
  • szydełkując,
  •  kontemplując ukochaną szafeczkę

i trwając w niemym zadziwieniu ( bo i do kogo się odezwać, gdy POMOCNIK znowu spylił z zasięgu wzroku i słuchu),że JEDNAK pod tymi zwałami tłuszczu jakieś mięśnie w ilościach hurtowych mam, bo WSZYSTKIE właśnie je czuję.
Na porządki w domu nie starczyło sił i czasu,szczególnie,że po drodze w PLACÓWCE trzeba było 
  • uczestniczyć w kiermaszu
  • upiec ciasta ( sernik z malinami już nie istnieje- i co ja zrobię jak mnie jutro ktoś nawiedzi?)
  • lecieć do kościoła z koszykiem ( chuliganeria na szczęście posprzątała u siebie, ale za to potraktowała to jako wymówkę,żeby nie lecieć do świątyni zamiast mamusi)
  • lecieć na zakupy z tym samym koszykiem,żeby nie lecieć dwa razy, budząc zdziwienie okolicznej ludności i zaciekawienie kasjerki, co do zawartości tegoż ( kiełbasa waliła czosnkiem na cały sklep!)
  • lecieć znowu po zapomniane składniki i cieszyć się ,że w myślach nikt nie czyta, bo NIEŚWIĄTECZNE  zupełnie one były!
  • wysłuchać RADZĄCEGO,ze " najważniejsza jest dobra organizacja"
  • ucieszyć się,że święta trwają tylko dwa dni a potem KOCHANE TOWARZYSTWO pójdzie znów do roboty
Nie ,żebym tęskniła za Jakuzą i Tajfunem, ale trzeba przyznać,że domownicy TEŻ NICZEGO SOBIE!

TAKICH POMOCNIKÓW WAM Z OKAZJI ŚWIĄT WCALE NIE ŻYCZĘ!
 ŚWIĘTA NIECH BĘDĄ OWOCNE - RODZINNIE POMOCNE
ŻEBY WSZYSTKIEGO WYSTARCZYŁO
I OGÓLNIE BYŁO MIŁO
PS. Jutro śmigus dyngus- WSTAJĘ O 6.00

  I SOBIE ODBIJĘ!!!:)



poniedziałek, 3 marca 2014

NIE ZAWSZE JEST WESOŁO, czyli jak nie zostanę wynalazcą

WYNALAZEK, czy raczej WYNALAZKA, bo dziewczę jak najbardziej płci żeńskiej o rusałczym długim włosie i uszczerbionym w bojach uzębieniu, wpadła do nas jak burza, czy raczej śliwka w kompot, detronizując TAJFUNA z pozycji ulubieńca.
-To ja już teraz chyba nie będę w klasie najgorszy z zachowania?- ucieszył się nie wiadomo z czego, a skronie WYCHOWAWCY zaczęły w tempie ekspresowym połykać odsiwiacze i inne balsamy pokrywając się szadzią.
Zaopatrzona w niezbędne pomoce naukowe ( w tym nerwomix w ilościach hurtowych) postanowiłam ,że się nie dam!
Nie zniechęca mnie:

  • JAK MI SIĘ BĘDZIE CHCIAŁO ORAZ PODOBAŁO" - mantra WYNALAZKI ( w myślach odkręcam blond główkę i "idę na BOJO"
  • wywalanie jęzora w najmniej oczekiwanych sytuacjach
  • tworzenie przez w/w laleczki wooodoo ( podczas, gdy cała reszta pracowicie lepi z plasteliny ufoludki) i próby morderczych eksperymentów za pomocą szpilek ( nie muszę chyba dodawać,że ukatrupiała mnie kilkanaście razy, ale widać w naszym mieście magia woodoo nie działa)
i ciągle mam nadzieję,że się z owym żeńskim wcieleniem Damiena ("Omen") dogadam.
LUDZIE też powoli zaczynają SIĘ WNERWIAĆ i dlatego zaproponowałam pewnego pięknego dnia codzienną samoocenę.
Najsprawniej poszło z GÓRĄ- bo grzeczny to grzeczny i już! i dołami, bo twórcza wyobraźnia SAMOOCENIACZY nie zna granic. Najaktywniejszy- oczywiście najbardziej doświadczony TAJFUN
-1PUNKT niech ma ten co...- zaczął wyliczać: nie sucha pani, kuci siem, nie sce siem poprawic, dokucza innym, obraża...
-A W MORDĘ CHCESZ?!- rozległa się propozycja zza moich pleców, gdzie przyczaiła się WYNALAZKA.
Zanim Tajfun dokonał pobicia ze skutkiem śmiertelnym, udało mi się wyjaśnić,że nikt nie miał JEJ na myśli, co skwitowala niby obojętnym wzruszeniem ramion i dalej posępnie zerkała spod długiej grzywy na TYCH CO JĄ WKURZAJĄ ze mną na zaszczytnym czele.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na piątkowym "spotkaniu na dywanie" w czasie którego odczytujemy skargi, pochwały i zapytania z całego tygodnia uzbieraliśmy 30 pochwał ( zwykle bywa 5 lub 6) za fajność od WYNALAZKI!
Już miałam się ucieszyć, ale dobrze,żem sceptyk, bo po kilkudziesięciu minutach podsumowała moje wychowawcze starania:
-A pani to NAJLEPIEJ żeby była na CMENTAZRU- i potoczyła niebieściutkimi oczętami po SPŁOSZONYCH.
Nie wszyscy jednak stracili rezon, bo REZOLUTNA jak zwykle zdążyła z ripostą:
-CHYBA,ŻEBY CIEBIE ZAKOPAĆ!
Dobrze,że oddzielało je kilka ławek, bo inaczej "Teksańska masakra piłą łańcuchową" byłaby datowana na......... lat PRZED SPOTKANIEM WYNALZKI I REZOLUTNEJ.
Nic dziwnego zatem,że torby poszły w kąt a ich miejsce zajęły podręczniki i broszury.
Na pociechę latam po "Ikeach" i targach staroci i skupuję, co się da, bo a nuż przyda się W ODODSOBNIENIU:
miseczka z "lelonkiem" i ważka z IKEA a stareńka włóczka od pana "A bier to pani za trzy dychy")
rosentale najprawdziwsze po 3 zł sztuka ( nasz szmateks ukochany)
angielski talerz z widoczkiem i sprytnymi sprężynkami do powieszenia ( w razie ucieczki z miejsca bez klamek sprężynki na pewno znajdą jakieś zastosowanie)
W domu wszyscy schodzą mi z drogi, do tego stopnia,że MŁODSZY postanowił ZAŁIKENDOWAĆ w góry z własną dziewczyną.
-A może ja ci nie pozwolę?-zastanawiam się głośno (tak jakby moja zgoda staremu koniowi była potrzebna)
-Z dziewczyną?- Nie wiadomo, co się może zdarzyć!
-NO. NA PRZYKŁAD BĘDĘ MIAŁ OBIAD. U-GO TO -WA-NY!-odpowiada młodszy a ja cieszę się,żejestem już PO nerwomiksie, bo drugiego takiego już sobie nie urodzę .
A teraz- KONKURS!
Ponieważ imię WYNALAZKI gryzie mnie w ucho a wynalazcą nie jestem- proszę o propozycje oddające jej anielski charakter, bo z wiadomych względów i z uwagi na wydarzenia ABSOLUTNIE nieprawdziwe imię musi być takoweż.
Wygrana- książka niespodzianka i torba niespodzianka ( jeśli uszyję odpowiednio dużą- WYNALAZKĘ dołożę gratis!)

wtorek, 18 lutego 2014

Z POŚLIZGIEM

Maszyna losująca ( napisz ,że ze ścierpniętymi rękami) wylosowała
Fajnie by bylo wygrac...
Agni proszę o namiary do wysyłki alsto@op.pl
więc  książki polecą do niej, ale mam w zapasie inne "tyz pikne" i wkrótce znów się podzielę.
Ogłoszenie wyników z poślizgiem , bo czasowo byłam odcięta od sieci z powodu PANA OD ŚCIERPNIĘTYCH RĄK, który ( chyba z okazji Walentynek) zafundował mi atrakcję:
"Jak miały nasze Babki wywożone  na Sybir" i wywiózł mnie  na wieś, bo jak twierdził JEST CIEPŁO I SEZON MOŻNA ROZPOCZĄĆ.Niestety ciepło w jego języku oznaczało +6 na zewnątrz a +5 w środku domu, mogłam więc sobie ułożyć bierwiona na środku izby nawet na kształt serca i dokonać samospalenia ( byłoby cieplej)
-Proszę mnie zawołać jak w chacie będzie +20- próbowałam negocjacji, ale Błękitny grom pozbawiony włączonego silnika stygnie równie szybko jak zapomniana kawa na stole w kuchni, więc musiałam się poddać i współuczestniczyć w pielęgnowaniu domowego ogniska ( sztuk dwa) i jeszcze znosić uwagi typu NIE ŁADUJ TYLE , BO SIĘ USMAŻYMY!
Byłby to pierwszy wypadek usmażenia w zawrotnej temperaturze +10.
W tym samym czasie:
  • GURU-cieszyła się z walentynkowego czytnika e booków
  • KOLEŻANKA- cieszyła się z niewalentynkowego ale za to stałego ciepełka w domu
  • FOKSIOWA  to już nie wiem z czego, ale na pewno sie cieszyła, bo ona zawsze się z czegoś cieszy
a w blokowisku SIĘ DZIAŁO!

PUBLIKACJA ZA ZGODĄ STARSZEGO,żeby nie było ( nawet nie przypuszczałam,że takiego romantyka wychowałam - geny chyba obce, bo NA PEWNO nie po nas)
Starszy zaoferował nawet,że nauczy mnie składać serwetki w kształcie serca i nie szkodzi,ze wypalił cały domowy zapas świeczek (łącznie z tymi pachnącymi, chowanymi na czarną godzinę w szafie)- BYŁAM POD WRAŻENIEM!:)
A my w tym czasie ratowaliśmy przewrócony płot ( dziki i sarny już zdążyły sobie przywłaszczyć ogródek a i zając zostawił wieeele pamiątek " z pobytu", paliliśmy w piecach (nocą zawrotne +15- spałam bez kurtki), grzaliśmy się razem z sąsiadami cytrynówką i omawialiśmy palny siewno remontowe na ten rok, co przy stałym braku funduszy wyglądało jak zwykle:
- Coś sie posieje, ale na resztę kasy nie starczy.
Dwa dni z w zimnicy minęły szybko.Jeszcze tylko parę wizgów ze smiercią z oczach na rozjechanej przez traktory drodze ( znów czeka nas droga przez mękę w gminie) i powrót na pracy łono, ale o tym kiedy indziej, bo mam NOWY NABYTEK, przy którym TAJFUN toYork przy Dogu.W dodatku dziewczynka! z powitalnym zawołaniem:
-Ej Ty, idziemy na BOJO? bo w tej gupiej szkole nie wyczymam!
-To już teraz JA chyba jestem lepszy-posumował T. i MIAŁ RACJĘ!