środa, 30 grudnia 2015

Migiem, czyli starzeję się na potęgę

Czy tylko mnie czas zapiernicza w zabójczym tempie? Nie dają nic mocne postanowienia poprawy, blog zarasta chwastem i rdzewieje na potęgę, a święta lecą za świętami nie zważając na to ,że ja taka nieprzygotowana jestem. Na szczęście można liczyć na młodzież
rękodzieło ukochanej młodszego
i starszyznę plemienną ( w tej roli ŚLUBNY, który przytargał i oprawił wyjątkowo dużego w tym roku chojaka, mnie pozostawiając wielokrotne sosnowe iniekcje w czasie ubierania dwumetrowego bydlaka ,zwanego później najpiękniejszą choinką jaka mieliśmy. Spisałam się!


Jedyne , co  usprawiedliwia zaległości, to pełne poświęcenia zaangażowanie  w to, co niemożliwe do osiągnięcia- wyprowadzenie podopiecznych na ludzi ( w tym roku 30 godzin pracy z dzieckiem tygodniowo- kto próbował, ten wie!)
Staram się na różne sposoby:
- edukuję globalnie razem z KOLEŻANKĄ, czyli afrykańsko amerykański szał w PLACÓWCE
-prowadzę zespół o jakże wdzięcznej nazwie FLECIKI, którego nazwa w żadnym stopniu nie ostrzega przed ryjącymi mózg dźwiękami, na jakie jestem  co tydzień narażona.
-palce mam skłute od igieł ochoczych członkiń koła DEKORKA, które z entuzjazmem szyją i szyją a ja nawlekam, nawlekam, ratuję i ratuję i plastry kleję.
czasami dekorki dostają zlecenie i wtedy panika i kłucie narasta
- w wolnych chwilach gotuję zalewajkę razem z czarownicami
a potem skarmiamy nią niczego nie spodziewających się pierwszaków, mamiąc ich nazwą "zupa czarownicy". W tym dniu padła od najedzonej gawiedzi propozycja, aby w wiadomym celu udać się do miejsc pamięci narodowej, ale zważywszy na halloweenowy wygląd większości, niedobry wychowawca odwlekł w czasie latanie po grobach , tłuczenie szklanych zniczy ( jeszcze w placówce) i polewanie wzajemne roztopionym woskiem.
Zostało mi to wspaniałomyślnie wybaczone
kwiatek imieninowy od "wdzięcznych pacjentów"( przynajmniej KTOŚ pamiętał)
ŚLUBNY od września zamienił się w zupełnie nieperfekcyjną , ale za to panią domu i został zmuszony do GOTOWANIA!!!!
-Ale nie żebym tak ciągle musiał dla tej całej włoskiej rodziny gotować!- odgraża się średnio raz w tygodniu, bo nigdy nie wiemy, ile osób zasiądzie do stołu ( zdarzają się NARZECZONE!!!)
Z tego wycieńczenia zdrzemnął się kiedyś na fotelu , dając mi możliwość spokojnej rozmowy z POSIADACZKĄ DOMU Z WYGODAMI ( czyli GURU, bo też tak chcę). Gdy na tapecie była akurat nowa domowa kanapa, przebudził się, jak Śpiąca królewna ze stuletniego snu i WŁĄCZYŁ DO ROZMOWY:
-Nie, nowa nie ma prawa się tak zachowywać- odbierając mi na chwilę mowę i dech. 
Próbowałam na migi pokazać mu,że rozmawiam i to z GURU!!!!, ale widać gotowanie obiadów osłabia wzrok, bo kontynuował gromko:
-Trzeba ją ustawić do pionu!- wywołując tym razem ciszę po drugiej stronie drutu.
Szybko się pożegnałam.
-Odwaliło ci?!- grzecznie zwróciłam się do ZDEZORIENTOWANEGO.
-No, co...-próbował się bronić- NIE WIDZIAŁEM,że masz słuchawkę w uchu, a zawsze mówisz,że cię nie słucham, to chciałem sensownie zagaić!
 Pogoniłam gada z pokoju, ale wrócił jak bumerang z pytaniem:
-A MY TO JESTEŚMY PEŁNĄ RODZINĄ?- i gdy już myślałam,że się kaja i boi rozwodu, wyjaśnił:
-BO NIE WIEM ILE PAR BUTÓW STOI W PRZEDPOKOJU ( czytaj- "Czy narzeczone w domu?")
Liczyłam,że się zrehabilituje w dniu IMIENIN PANI DOMU ( hiacynt  "od klasy" przemycony i sprytnie schowany za zasłonką,żeby sprawdzić JAK rodzina pamięta o mamusi i żonie)- zabrał mnie na zakupy ani słowem nie wspominając o SZCZEGÓLNYM DNIU.
-Chyba sobie kolczyki włożę z tej okazji- zagaiłam -wydawało mi się zalotnie
-Włóż, włóż, żeby cie w sklepie Z CHŁOPEM nie pomylili!
MÓJ KOCHANY PAMIĘTNICZKU, CZY TO JUŻ KONIEC ZWIĄZKU, CZY DEFINITYWNY ROZKŁAD POŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO?
ZROZPACZONA :)))))
CDN (jeśli ktoś zechce czytać)

środa, 14 października 2015

Krótka piłka z okazji święta

Dziś spędziłam w Placówce uroczy dzień. Najpierw konferencje od 8.30 a potem do 15. 30 w pięć pełnych zapału nauczycielek, pilnowałyśmy jednego czwartoklasisty, który za nic nie chciał bawić się klockami na świetlicy, gdy wszyscy inni poszli do domu, a odrabiać nie miał co, bo dziś lekcji nie było! I to by było na tyle, jako komentarz do ministerialnego przesłania "Bawcie się, drodzy nauczyciele!"
Ale nie narzekam, bo od tego robią się zmarchy i wykrzywia lico. Tym bardziej,że wychowankowie dostarczają cały czas bodźców do rozwoju osobistego i zdobywania nowych kwalifikacji. Nawet orbitrek niepotrzebny, gdy przegrywa się z własnym uczniem grę w zagadki przyrodnicze i za karę robi przysiady ( proponował "bombki"- bo myli mu się p i b ale wynegocjowałam! Dobrze,że wcześniej rozmawialiśmy o ulubionych słodyczach i opowiadał jakie smaczne "bączki" robi jego mama, bo byłabym w strachu)). Uczeń- ksywa SPONSOR (bo nauczany indywidualnie), uwielbia kończyć przed czasem zadania , co zdarza mu się nader rzadko ( na szczęście dla mnie) i zawsze wtedy proponuje zgadywanki, na co ja zwykle lekkomyślnie się zgadzam.
Dla chętnych ( w końcu dzień edukacji mamy)- darmowy sprawdzian:
Pytanie nr 1:
-Jak nazywa się jaszczurka z trującą śliną?- wzrok SPONSORA aż jarzy się radością zginającą kolana bezradnego wychowawcy do przysiadu, ale nie ze mną te numery- 30 lat praktyki- Ja wiem, co dzieci interesuje najbardziej.
-WARAN!- odpowiadam śmiało i nie mam bladego pojęcia, czy zgodnie z prawdą, ale tym razem jestem pewna,że wiem , co autor miał na myśli.
Czoło SPONSORA marszczy się w niezadowoleniu.
-Doooooobrze- przyznaje z niechęcią, ale już widać,że kombinuje. Nagle na lico wypełza niewinna radość:
-Ale nie powiedziała pani,że Z KOMODĄ! WARAN Z KOMODĄ!- wyjaśnia osłupiałej i kolana same się zginają do przysiadu.
Po serii pytań łatwych ( kolana dziękują mi lekkim skrzypem), finał:
-Jak nazywa się robak, który mieszka  w ZGNIŁYCH GACIACH?!- poddaję się od razu, ale żądam wyjaśnień, bo skojarzenia mam jednoznaczne i absolutnie nienadające się do upublicznienia.
Satysfakcja na twarzy sponsora miesza się z wyraźnym zniecierpliwieniem:
-DUŻY PAJONK!- wyjaśnia.
-Jak to pająk?- nie daję za wygraną.
-No, przecież jak znaleźliśmy z tatą na działce te stare, zgniłe gacie i tata je podniósł patykiem, to pod nimi był taaaki ( tu następuje pokaz pająka wielkości co najmniej kota) PAJONK!
Robię przysiad!Należało mi się!
Człowiek uczy się całe życie

niedziela, 27 września 2015

zatorbiłam, czyli znowu obsuwa

-Nie masz czasu a torby szyjesz- wyrzuty Ślubnego vel Wielbiciela Niedzielnego Rosołu świdrują mi mózg, a że dziurawy od świdrowania ulatują swobodnie w przestrzeń i nikną w jesiennej mgle a ja zatorbiam dalej:




w barwach ziemi
z tęczą
z liściorami

na wesoło
bo co mi pozostaje, gdy robota w PLACÓWCE wre aż miło, czego dowodem są m. in dialogi z Wychowawcą (czyli mną we własnej znękanej osobie)
-Czy jest otwarty sklepik? (ok 100000 razy dziennie)
-Nie
A dlaczemu? I człowiek odpowiada sam sobie- bo były niezdrowe rzeczy....- milknie na sekundę w zadumie i ciszy, aby uczcić tą chwilą zgon swojego ulubionego miejsca w szkole(zaraz po toalecie) i już WW (czyli wszechwiedzący wychowawca) myśli, że temat umarł sam z siebie, gdy do dyskusji włącza się NIEZAPOMINAJKA:
-Bo nie wolno jeść rzeczy niezdrowych, bo na przykład papier jest niezdrowy-wyjaśnia ze smutkiem w błękitnych oczętach ,a na widok wychowawcy szybko usuwającego papiery z niezapominajkowego zasięgu, szybko dodaje:
- I CZIPSY I GAZY! (cokolwiek by to miało znaczyć). 
KONIEC PRZERWY RATUJE MÓJ MÓZG PRZED ZRYCIEM!
Na następnej przerwie w obawie przed kontynuacją tej jakże ciekawej , wszystkożernej rozmowy wysyłam NIEZAPOMINAJKĘ do KOLEŻANKI po szary papier ( arkusze duże -może doniesie i nie zje),żeby nie było z dokładną instrukcją:
-powiedz Dzień dobry i zapytaj, czy NASZA PANI nie zostawiła tu arkuszy szarego papieru , tego na  plakaty- wiesz jakiego? ( energiczne kiwanie warkoczami upewnia mnie,że wie). Jeśli są za szafą to je przynieś, WSZYSTKIE! (może koniec polecenia uchroni papier przed konsumpcją).
POLEEEEEECIAŁA!
Wraca niosąc około metra papieru toaletowego- SZAREGO! i wręcza mi z dumą!
LEEEEECĘ sama!
Wersja KOLEŻANKI: 
-Weszła i zagaiła- Nasza pani chce papieru i wskazała na rolkę o średnicy ok. pół metra na biurku KOLEŻANKI( akurat było sprzątanie po powodzi napojów wyskokowych , bo same wyskakują z bidonów i butelczyn).
KOLEŻANKA użyczyła , ale NIEZAPOMINAJKA nie dała się zbyć:
-ALE CAŁĄ!- i oskarżycielski paluszek wyraźnie wskazał na potencjalny łup.
Ale nie z KOLEŻANKĄ te numery- odesłała zaborcę z kwitkiem ( długim na metr)
I jak tu nie zatrobiać?
PS. Reset torbowy konieczny, bo jutro mówimy o darach jesieni- niektórzy już przynieśli, stąd dialog:
-A skąd macie grzyby? ( ćwierkająca Nasza Pani)
-A Z TARGU!- PO 36 ZETA ZA KILO!- odćwierkująca DARCZYŃCZYNI:)

czwartek, 27 sierpnia 2015

wyjeżdżywam, czyli nie wiem gdzie jadę , ale jadę!

W odróżnieniu od stałego relaksu w przytulisku, które przejawia się u niektórych
 czytaniem w hamaczku należącym do Wiadomo Kogo
 czytaniem pod obórką w ukryciu za paprociami
i porzucaniem lektury bele gdzie,żeby w spokoju zatorbiać

niektórzy ( synowie teściów) pojmują go nieco inaczej
ale cóż, gdy się zezwoliło na destrojkę
i piwnica zieje dziurą, zwabiając zaskrońce , żaby i myszy wszelakie, trzeba  kielnię w dłoń wziąć i kląć, kląć, kląć. Cóż, każdego szkoda a ja akurat jestem bezlitosna.
Gdy już Cheops zasiedli swoje podziemia niezwłocznie wstawię fotki, na razie uzbrajam się w cierpliwość (podwójną, bo rok szkolny za pasem) i przestawiam na tor -ROBOTA!
W fabryce duże zmiany, bo DEREKTOR zwiewa na emeryturę, a my mamy zamiast niego NIESPODZIANKĘ ( w teczce z miasta), ale tak czasami bywa i chyba będzie się działo, bo NIESPODZIANKA  akurat mojej specjalności, więc prześwietli nas jak nic.
Na początek okopała się w gabinecie i czekała na to, kto się zgłosi na viceniespodziankę.
-NIE WYBRALIIIIII MIEEEEEE-zawyłam wtaczając się do domu ,po wyczerpującym dniu zapoznawczym z NIESPODZIANKĄ.
-A zgłosiłaś się?????!- skronie ŚLUBNEGO posiwiały w sekundzie jeszcze o włos-zawsze mówiłaś,że to fucha nie dla osób gubiących namiętnie dokumenty i zawalających sprawozdania ( cóż za wnikliwa analiza!)
-No... nie, ale MOGLI wybrać- ŚLUBNY popukał się znacząco w czoło i oddalił do swoich ważnych obowiązków a ja potruchtałam do składziku, aby zgromadzić akcesoria niezbędne w pierwszych dniach pracy- 10 przepastnych toreb z IKEA i wszystkie dostępne z niepoobrywanymi uszami z Biedry.
Jak zwykle czekała mnie  bowiem ( i resztę sióstr w nieszczęściu) PRZEPROWADZKA,bo jeśli ktoś myśli,że nauczyciele pod koniec wakacji piszą plany,  scenariusze to grubo się myli- u nas w Placówce- nauczyciel się przeprowadza!A że gradobicia przez 31 lat trochę się zgromadziło, to błogosławiłam w duchu farta , który sprawił,że przeprowadzałam się w rozwinięciu poziomym, szurając torbami po korytarzu (KOLEŻANKA myślała,że pada deszcz a to ja tak padałam) a nie w pionie sturliwując się w dół ,lub wczołgując pod górkę. Wszystkie torby wypełniły się wiedzą i na dziś wystarczy ! Rozpakowywanie zostawiam na poniedziałek, bo dziś pakuję się na wyjazd w nieznane!
To tzw. wycieczka z pracy, a wiemy tylko tyle ( jak zazwyczaj u nas-czeski film) ,że czekają Bieszczady! Hipotezy co do noclegu sprawiły,że bierzemy WSZYSTKO, co się da zmieścić do torby. Obowiązkowo biorę mój kultowy wycieczkowy notes- a nuż się coś ZADZIEJE!?
W poczekalni czeka relacja z wczasowania, ale poczeka i się spatyni. KOLEŻANKA zajęła się wyszynkiem, jest więc szansa,że z pisaniem będzie kiepsko, ale może uda się coś skrobnąć na bieżąco ( osiołka z internetem biorę ze sobą)
No to chyba Ahoj przygodo i do...poczytania!

sobota, 25 lipca 2015

Nie dajmy się emocjom, czyli na wsi z pomocnikiem

Ślubny uwielbia robić  niespodzianki. Najnowsza- zabieramy na wieś POMOCNIKA !Chociaż zważywszy na szanowną osobę, powinien powiedzieć INICJATORA. Chodzi tu o szanownego teścia lat 85, który( nie zważając na wiek) w czerwcu ( dobrze,że mnie przy tym nie było, bo zeszłabym na zawał) latał po dachu obory i cementował dachówki. Po drabinie, bez żadnego zabezpieczenia! Bateria duracell chyba była na nim wzorowana.
-Będziemy sobie tylko delikatnie coś tam dłubać- wyjaśnił Ślubny- nic wielkiego, bo upały, a poza tym ojciec ma przecież 85lat!!!
Tak jakbym tego nie wiedziała.Ostatnio, gdy byliśmy razem na wsi, chciał rozbierać stodołę, albo chociaż szopkę (obroniłam własną piersią przed DESTROYEREM)'
Na powitanie pokłoniła nam się jabłonka,
która z niewiadomych przyczyn wzięła się przewróciła i uschła na amen.
 Teść aż pojaśniał na ten widok i od razu zaczął wytargiwać piłę spalinową.
Zanim rozpakowałam zakupy i pootwierałam okna, jabłonka zamieniła się w klocuszki równo poukładane w stodole.
-Bierzemy się za studnię!- zarządził
-Co chcecie robić?- odciągnęłam na bok ŚLUBNEGO, ale tylko przewrócił oczami i poszedł szukać narzędzi.
Zaraz przyleciał z donosem- Tylko będziemy się ZASTANAWIAĆ jak pogłębić studnię- próbował mnie uspokoić
-Ostatnio takie zastanawianie zapowietrzyło wam instalacje na amen i zamuliło hydrofor- usiłowałam ostudzić zapędy, ale już go nie było.
Dobrze,że wzięłam szydełko- to mnie uspokoi- mruczałam sama do siebie i postanowiłam nie przejmować się i zabrać za obiad.
Kran  w kuchni odpowiedział  na moje starania buczeniem.
-Co jest z wodą?!!!!- wydarłam się w przestrzeń.
Przestrzeń zaraz się zmaterializowała z błotem na butach i agonią w oczach.
-Poniosły nas emocje- próbował wyjaśnić i zaprowadził za słabnącą rękę przed dom ,żeby mi pokazać,ze TYM razem zabezpieczono zapasy wody.
-Na kąpiele błotne?- pytanie retoryczne zawisło w próżni. bo jak tu wytłumaczyć niczegonierozumiejącej,że najpierw dźgało się drągiem dno studni i wyciągało wpuszczoną tam rurę, a dopiero potem zabezpieczyło odpowiedni zapas błotnistej cieczy.
- Ale teraz to już nic nie robimy, bo czekamy ,aż się woda ustoi i w ogóle nie masz co się denerwować- pacyfikował mnie POMOCNIK POMOCNIKA.
Absolutnie nie denerwowałam się, tylko sięgnęłam wgłąb  jeszcze ciepłej lodówki i wyciągnęłam wsadzony tam na czarną godzinę bigos od przewidującej teściowej.Czarna godzina właśnie nadeszła, a ja ze spokojem ( przydała się praca nad sobą z Youtubowymi couchami) zabrałam się za szydełko
Nagle za oknem zamigotała nowa drabina, bo okazało się,że czas oczekiwania można sobie umilić naprawą anteny na dachu
Dzień drugi zaowocował torebką i szalem

W torebkę zamiast guzika wszyłam kamień- pracowicie wygrzebany z leśnej drogi i pokazałam majstrom,że ruch obrotowy wykonany owąż może skutkować utratą zdrowia powyżej dni siedmiu ( w dzierganiu towarzyszyła mi pikselująca na naprawionej antenie sędzia Anna M...)
Pracownicy mnie zignorowali, bo mieli ważniejsze rzeczy do roboty.
Na chwilę spuściłam ich z oka ( mieli wypoczywać na leżakach) i ze słuchawkami na uszach z muzyką relaksacyjną zajęłam się garami.Gdy skończyłam element architektoniczny z wizytówki bloga odszedł w niebyt a została??????

i
gratisowo kupa gruzu
-Co to ma być????-myślałam,że mam zwidy.
-Tu będzie nowe wejście do piwnicy,żebyś się nie musiała schylać- ŚLUBNEGO rozpierała duma. Nie wiem, co rozpierało POMOCNIKA, bo zadekował się w chłodnej piwnicy.
-A skąd weźmiemy większe drzwi?- pytanie okazało się karkołomne dla ŚLUBNEGO  a odpowiedź dobijająca dla mnie, bo okazało się,że do nowej piwniczki prowadzić mają blokowe drzwi- Z SZYBĄ!
-No żarty chyba!- osłabłam na kupie gruzu- przecież to zupełnie nie pasuje...
-Zeszlifuje się do drewna- dobiegł mnie głos z piwnicy.
-PILŚNIĘ?!!!-prawie się wydarłam i zostawiłam ich zgłębiających tajniki drzwi blokowych z lat 80, których niedawno pozbyliśmy się z naszego blokowiska.
Gdy coś wymyślą ,na pewno o tym napiszę, a na razie dziergam dalej, bo inaczej krew się poleje.
PS.
-Ja się chyba wy-koń- czę!!!- ŚLUBNY przyleciał po ratunek a usłyszał w odpowiedzi jedynie:
-Widziały gały, co brały!

sobota, 18 lipca 2015

trochę kultury wysokiej ,czyli na targu się było

Moje nowe odkrycie. Obok cotygodniowego targu owocowo szmatowoubraniowego, w pobliskim Będzinie gromadzą się:

  • handlarze
  • przypadkowi sprzedający
  • panowie, co posprzątali żonom piwnicę.
Atmosfera w sam raz dla mnie.Pomykam dzielnie między rozłożonymi na trawie kocami, oglądam wywieszone na sznurkach między drzewami tkaniny i do wypęku grzebię w tekturowych pudłach.Ile przysiadów przy okazji wykonuję- nie zliczę ( jutro zakwasy będą aż miło a tu trzeba się zbierać na starocie do Dąbrowy. Chodakowska i MelB. niech się schowają.Dyskusje budujące i rozwijające intelektualnie, tylko zdjęć nie odważyłabym się zrobić,żeby broń Boże nie zdenerwować interlokutorów.
Przypadek nr 1-pan Konkretny kontra Sprzedawca
-Patrz Józek ( to do kolegi Konkretnego), jaki fajny nóż ( kosa,że i Rambo by się obejrzał). Ile Pan chcesz za niego?
-A ile pan dajesz?- sprzedawca postanowił najpierw przeprowadzić badanie rynku, a że OBOPU nigdzie w pobliżu nie było, musiał radzić sobie sam.
-Ja??? Uprzejmie zdziwił się konkretny- NIC!, bo fajny , ale tępy jak CH.....J!
I zostawiwszy nas w stuporze i zamyśleniu nad precyzją porównania, się oddalił.
Przypadek nr2- Obieżyswiatka kontra reszta świata ( przy firankach na sznurze)
-Ja to Pani ( zwracając się do sprzedającej, która z wiadomych względów nie mogła się salwować ucieczką) już pięć razy w Egipcie byłam i jeszcze bym pojechała!
-A nie boi się pani zamieszek?- wtrąciła się inna firankowiczka.
-Paaaani, jakie zamieszki ?!,Jak tam wojska więcej niż normalnych ludzi ( i tu się zgodzę, bo takich pań w kreacjach rybaczkowo szpileczkowych ufryzowanych jak na wesele, to na pewno w Egipcie za dużo nie ma, ale nie byłam, więc wiadomo,że się nie znam- pozostało tylko słuchanie i chłonięcie).
-Toż wiadomo,że się tam na żadne piramidy nie jedzie, ale w hotelu jest super- dodała gwoli uzupełnienia, gdy brwi pozostałych rozmówczyń zaczęły niebezpiecznie windować się w górę.
-I w Maroku byłam- powiem pani, to nie to, co jakieś Hiszpanie , czy Grecje- wróciłabym tam jeszcze kilka razy, tak samo jak do Tunezji.-rozmarzyła się.
Kurde balans, to tylko JA nigdzie nie jeżdżę- pomyślałam, widocznie Obieżyświatka mój limit wyczerpuje.
-A mój syn był w Grecji i podobało mu się- wtrąciła swoje trzy grosze niczego nie podejrzewająca firankowiczka.
Żwir zachrzęścił złowrogo pod obcasikami Obieżyświatki a mordercze spojrzenie zza woalu firanki zaczęło w tłumie szukać ofiary.
-Grecja? brud i smród- Obieżyświatka była bezwzględna.
-Co Polak to opinia-próbowałam wtrącić swoje trzy grosze, ale nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
-Bo to trzeba do kurortów jeździć- Firankowiczka próbowała się okopać.
-A ja, to co, niby na wiochę jeżdzę!!!!????- głos Obieżyświatki wzniósł się na niebezpieczne wyżyny ( dobrze,że kartony z porcelaną były kilka metrów dalej) Ja proszę pani ( tu fryzura aż się zatrzęsła z oburzenia) nie na byle co, tylko zawsze na LASTĘ MINUTĘ (wymowa oryginalna) jeżdżę!
Dalej już nie słuchałam, bo poszłam na bok kontemplować fakt,że u nas TAKICH ofert nie ma i dlatego pewnie ŚLUBNY nigdzie na LASTĘ MINUTĘ mnie nie zabiera.
A grzebanie opłaciło się:

takie zdobycze za całe 15 zł łącznie
Jutro prawdziwy Targ staroci, znowu pójdę wydawać niepotrzebnie ciężko zarobione pieniądze zamiast szyć


a terminy gonią, bo znajoma Artystka ( w dodatku prawdziwa) chce zabrać moje torbiszony na wycieczkę do samego Gdańska.

sobota, 11 lipca 2015

Wypoczynek, wypoczynkiem a robić nie ma komu

W/w cytat z klasyka myśli polskiej ( prywatnie ŚLUBNEGO) słyszałam już tyle razy,że " tom razom" nie zrobił już na mnie wrażenia i już widziałam się na leżaczku, w hamaczku, na krzesełku z lekturą i kawką. Niestety prorok miał rację, a skoro przytulisko powitało nas zmąconą wodą studzienną ( eksperymenty teścia i ślubnego mające poprawić jakość i ilość studzianki , a polegające na wesołych skokach wespół zespół po plastikowej rurze, która miała się wbić wgłąb studni  a się nie wbiła tylko wzięła i pękła, widać się nie udały)
Woda czerpana lekko zajeżdżała szlamem i siarką ( wiadomo- PIEKŁO jest pod ziemią) i mycie się nią zapewniało bezpłatny piling i opaleniznę z uwagi na jej kawową barwę ( o posmaku nie napiszę, bom nie samobójca i nie próbowałam)
- Trzeba naciągnąć wiadrem!- obwieścił Kierownik i potoczył wzrokiem dookoła ( a jak wiemy robić nie ma komu).
Potoczyłam zaraz za nim i też nikogo chętnego nie zobaczyłam.
-Ja to bym się chciała umyć- wyjaśniłam swój wkład w wiekopomne dzieło i przed 30 stopniowym upałem schroniłam się w chacie, przezornie zamykając okna,żeby nie słyszeć miłych słów WODOCIĄGA.
A hydrofor tak zdradziecko pominięty wziął i padł, rzężąc uprzednio należycie, ale kto by go tam słuchał.

I tak zamiast
była jazda w upale do najbliższego miasta i zakup jednego z dwóch dostępnych hydroforów, który w dodatku nie zmieścił się pod podłogą i teraz nasz przedsionek przypomina,że Polska górami stoi , bo na środku mamy malowniczy i wydatny garb- chroniący nowy nabytek.
-Podwyższy się podłogę- eksperymentator podjął odważną decyzję. Oby tylko wtedy można było otwierać drzwi, ale to pryszcz- ocenił.
Wolałam się nie dopytywać, czy będziemy wkrótce wchodzić przez okno, bo narobiony człowiek nie był skłonny do żartów, co objawiło się żartem zupełnie nieśmiesznym:
-A JUTRO BĘDZIESZ ZBIERAĆ PORZECZKI!
I na znak swojej przewagi miast dwóch mieczy, wbił w niczego niespodziewające się podłoże- NOWY ZAKUP
 mający chronić darmową siłę roboczą od słońca
A porzeczki jak widać obrodziły i chociaż miałam plany związane z dzierganiem, bo ostatnio zaszalałam


i miałam złudzenie,że wieczorami otulona szalami "zasiędę i dziedziczkę rżnąć będę", to złudzenia szybko się rozwiały, bo wieczorem musiałam dzierżyć w spracowanych rękach drabinę, na której szczycie KIEROWNIK poprawiał kabel antenowy, bo jakoś bez anteny nasz stuletni telewizor wyświetlał tylko mrówki.
-To przez ten bluszcz i winorośl, które zaplątały się wokół kabla- zaraz je odetnę- dobiegło z góry
-Żebyś tylko kabla nie odciął- doradziłam i zaraz w podzięce otrzymałam tzw. feedback
- %&*#@- bo pierwsze cięcie poszło w kabel.
Jakość obrazu jakoś znacząco nie wzrosła, za to morale na drabinie znacząco spadło.
Całe szczęście ,że ludzkość wymyśliła taśmę izolacyjną, która czasem ratuje życie! ( przynajmniej kablowi)
A gdy upały zabrały się do odwrotu i można by, upajając się lenistwem pod drzewem(bo porzeczki zadymionowane i zasłoikowane) zalec i się byczyć- urlop SZEFA SZEFÓW się skończył i trzeba było wracać do blokowiska, bez względu na atrakcyjnych gości.