czwartek, 12 lutego 2015

żyję ale co to za życie gdy jest się piromanem

Zima, której nie cierpię pokazała swoje białe oblicze i w związku z tym ŚLUBNY postanowił jeszcze bardziej uatrakcyjnić wolne małżonki i uwiózł ją w tereny znane
i zimne jak diabli!
- Trzeba się hartować- pouczał tę, która poniżej 15 stopni w plusie zamarza.
Nic nie odpowiedziałam, bo oczyma duszy już widziałam się w pobliżu gorącego pieca z grzańcem w ręce.
Nie tylko ja- rodzina myszy była pierwsza i już urządziła sobie fiestę w moich drewnianych łyżkach

i na ceracie ozdabiając wszystko wokół ażurem i pozostałościami degustacji oraz efektami trawienia: ceraty, poduszki, plastikowego pudełka z trutką ( trutki jakoś nie zeżarły). Wizja mycia wszystkiego w upojnej temperaturze +3, w dodatku zimną wodą lekko mną wstrząsnęła i kategorycznie odmówiłam wyjścia z ciepłego samochodu. Niestety już po pięciu minutach od zgaszenia silnika zimno i  tam zaczęło się do mnie dobierać.
Nie pomogło latanie po drewno do stodoły
wyglądanie na drogę, czy ciepło nie nadchodzi
NIE NADCHODZIŁO! I dopiero WIELBICIEL ZIMOWYCH KLIMATÓW pokazując mi przez okno  przenośny grzejnik marki farel, zwabił mnie podstępem do środka i kazał pilnować domowego ogniska. pilnowałam , a jakże! Do momentu aż nie włączyłam grzejnika do przedłużacza i instalacja zrobiła pstryk i zarządziła urlop okolicznościowy. Kabel przy wtyczce dosłownie się rozpłynął i tylko szczęściu zawdzięczam,że nie zajęła się ogniem zasłonka.
-Miałabyś wreszcie ciepło- jakbyś zjarała chałupę- skomentował elektryk i uraczył mnie wykładem, którego wysłuchałyśmy potulnie razem z farelką.NIGDY więcej przedłużaczy!
Mieszkanie w blokowisku ma jednak swoje zalety. Zawsze jest ciepło!
Chociaż ostatnio chodził mi po głowie pewien domek miejski
w sam raz na naszą niebogatą kieszeń , ale okazało się,że w czasie zalegania na portalach -skurczył się ( najpierw trzy a potem dwa pokoje) a wyjazd uświadomił mi,że zimowego zimna na pewno bym nie zniosła. A szkoda , bo lokalizacja domku fajna  ( nawet do cmentarza blisko).
 W ramach ocieplenia i wspierania rodziny  odwiedziliśmy WSZYSCY (jedną wielką włoską rodziną) nasz najznamienitszy przybytek w okolicy nową siedzibę NOSPR.
Bratanek dał z siebie wszystko!
-Moja krew!- Małżonek po standing ovation pękał z dumy.
-Ale daleeeeeko padło jabłko od jabłoni- od razu go osadziliśmy. Na pociechę dostał faworki od niezawodnej teściowej, która wie,że synowa ( czyli ja) tragicznie zaniedbuje rodzinę, czyli sama nie zje ( vel nie upiecze) i drugiemu nie da, a w dodatku wymyśla jakieś głupoty z ćwiczeniami i endymmondym ,innym cósiem ,zamiast zadbać o rodzinę jak druga synowa, czego efekty widać powyżej. Ale jak widać są lepsi i lepsiejsi, z pokorą chylę głowę i chyba kupię pączki, bo kupowanie idzie mi nadzwyczaj dobrze.
PS. Chłopaków z Threex polecam nie tylko jako rodzinę ( nawet żonglowanie świecącymi kulami było!), chociaż jak ich zapowiedziała Szanowna pani Wnuk Nazarowa- " z wielką obawą prezentuję Państwu muzykę poważną jakże niepoważną)
https://www.youtube.com/watch?v=nBiTZ650zBs

niedziela, 16 listopada 2014

chłop jaki jest każdy widzi

Ale mój wyciska ze mnie ostatnie poty i nie jest to to- o czym własnie myślicie, chociaż wprowadził się do sypialni i tkwi w niej cały czas, jak widoczny wyrzut sumienia. Niektórzy mówią na niego rower eliptyczny, u mnie dostał ksywę Zenon ( czyli Znowu Ekspansja Na Otyłość Nieustanną).
Przymierzałam się do tej randki długo, wbrew wieszczeniu Wiadomo Kogo:
-Już cie widzę na tej maszynie, chyba posłuży ci jako wieszak na ciuchy! Nie lepiej to się ubrać i polatać koło bloku?
Za którymś razem ruszyło mnie ździebko.
-Masz rację  ( akurat była to jedna z tych nielicznych niedziel, gdy ŚLUBNY miał wolne) to ja idę polatać a ty dogotuj rosół!
Musiałam chyba bardzo wiarygodnie wkładać buty, bo w trybie natychmiastowym udzielono mi łaskawego zezwolenia na zakup Zenona.
Miałam wielkie plany z nim związane:

  • zamiast szydełkowania- Zenon
  • zamiast TV -Zenon
  • zamiast wszystkiego co zbędne - Zenon raz jeszcze
Wytrzymałam 10 kilometrów i 80 kalorii zanim zaczęłam umierać z nudów, a spocony ziewający hipopotam to nie jest budujący widok (na nieszczęście zaczepiłam oczami o lustro- więc wiem!).
Zaciągnęłam Zenka do pokoju z telewizorem- Zenek odniósł się do tego ze spokojem, Leslie i jej chude koleżanki zezowały na mnie wrogo, gdy odłączyłam je od zasilania, przechodząc na tryb FILM.
Zenowi na pewno się spodobało, bo już tak intensywnie nie musiał się męczyć- prędkość ćwiczącej spadła do kroku mocno ospałego- tak wciągnął ją film.
-Ćwiczysz stanie na orbitreku?- zdziwił się Młodszy i za karę musiał przeciągać Zenona z powrotem do sypialni.
Leslie z telewizorem przybili sobie piąteczki, gdy spocona HEROINA nawróciła się na "pałerłokanie".
-I znowu niepotrzebnie wydane PINIONDZE- rzucił jak zwykle dobijająco Pan Oszczędny .
Ale od czego wujek Jutuber- włączyłam serię do biegania i pooooszło!( Nie chcecie wiedzieć CZEGO słucham- sama się sobie dziwię, ale najważniejsze,ze działa!)
Dajemy z Zenkiem radę, bo plany mamy ambitne-
BEZ ZADYSZKI ,ALE ZA TO Z ZAKUPAMI NA CZWARTE PIĘTRO BEZ WINDY- 
w skrócie-
 RADOSNY POWRÓT DO DOMU.
fotka autorstwa KOLEŻANKI-ostatnio pasjonatki selfie
Niestety Zenek za moimi plecami spiknął się z Leslie i po spłodzeniu potomka o dźwięcznym imieniu ENDOMONDO przerzucił cały ciężar opieki i starań na TĄ, co już pada na pysk i nadal nie przypomina Anny Lewandowskiej, ani chudych szczypiorów z TV, ale   o tym kiedy indziej, bo na razie trzeba "się brać", bo jutro PLACÓWKA otwiera znów gościnne progi i ulubieńcy na pewno z utęsknieniem powitają ozdrowiałego po zapaleniu krtani wychowawcę, który drzeć się nie może.

czwartek, 16 października 2014

nowi domownicy, czyli nadchodzi czas przetrwania

Do mojego mieszkania  w blokowisku jakiś czas temu wprowadziła się KOBIETA a niedługo po niej niezwiązany z nią żadnymi więzami ( oprócz sportowych zainteresowań) -Facet, których sprowadziłam sama i to z własnej i nie przymuszonej woli ,na swoją własną zgubę. Okazało się w dodatku ,że w wyniku ich przebywania pod jednym dachem wykluł się potwór, który teraz zabiera mi czas i choć nic nie mówi to w moim sumieniu zagnieździł się na dobre i spokoju nie daje.
O czym bredzę, jak bredzę?
Zaczęło się niewinnie- jak to zwykle w horrorach bywa. Postanowiłam zmienić coś w swoim życiu.
-Rzucam...- rzuciłam do gawiedzi zgromadzonej przed telewizorem- odzew przeszedł najśmielsze oczekiwania:
-Mnie?- Ślubny nadaremnie starał się wciągnąć brzuch, jednocześnie kątem oka przeglądając się w telewizorze i kombinując, co by tu zarwać, gdy już będzie wolny.
- Robotę? I będą obiady?- Młodszy jak zwykle karmił się nadzieją.
-SŁODYCZE!- obwieściłam z dumą i zamarłam w oczekiwaniu na powszechny aplauz
-Eeeeeeee- Starszy jak zwykle sceptyczny- to tak, jakbym ja powiedział,że rzucam fajki- rzucam i wracam-pocieszył mnie.
-To co będziesz jeść, jak spotkacie się na mieście z KOLEŻANKĄ - PANI PTYSIU?- zarechotał TEN,CO WKRÓTCE WOLNYM ZOSTANIE I BĘDZIE ROBIŁ TO CO CHCE.
Postanowiłam udowodnić i udowodniłam- nie żadne diety cud, ale zero przekąsek i smakołyk od wieeeelkiego dzwonu. I od maja wytrzymuję.
Waga łazienkowa odetchnęła z ulgą, STARSZY (pomimo fajek) w cywilu ( czyt. po robocie) pseudo SIŁOWNIK się przejął i zaczął zachęcać.
- Może zacznij coś uprawiać oprócz ogródka- to przestaniesz dyszeć już na drugim piętrze- doradzał.
-Siłownia?- zapytałam wkładając w pytanie całą radość życia, bo wiedziałam, gdzie spędza cały swój wolny czas- posunęłam się nawet do trzepotania rzęsami.
-EJ, aż tak to nie- z lekka go cofnęło ( przestraszył się chyba)- poszukaj sobie czegoś w necie- rzucił i poleciał " robić plecy"
No to poszukałam  i tak do mojego domu za pośrednictwem guru JUTUBA wprowadziła się LESLIE SANSONE z koleżankami.
Od rana- ledwo ogarnęłam się po porannej kawie zachęcała:
-ŁOK, ŁOK, ŁOK (piękną amerykańszczyzną)
ŚLUBNY myślał,ze oglądam program o kuchni chińskiej i nieźle się przestraszył, gdy łeb wsadziwszy przez uchylone drzwi, zobaczył MAŁŻONKĘ własną , jak z własnej i nieprzymuszonej woli- drepce, a właściwie "pałerłolkuje" kolejne mile.
Każdy, kto mnie zna, wie,że lubię WSZYSTKO- oprócz sportu i ruchu w jakiejkolwiek postaci, bo jak kiedyś zareklamował mnie ŚLUBNY- "MOJEJ ŻONIE SIEDZENIE SIĘ NIGDY NIE ZNUDZI" a nauczycielka WF w liceum ( kobieta święta acz surowa), która wezwała mnie kiedyś na osobności - podbudowując mój sportowy zapał, stwierdziła:
-Słuchaj, OLQA- ja już dwadzieścia lat uczę i mój talent pedagogiczny się na tobie załamał, ale dam ci tę czwórę, bo nie chcę ci psuć świadectwa, a poza tym systematycznie PRZYNOSISZ STRÓJ!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje talenta sportowe.
Z Leslie jednak wytrwałam, chociaż do niektórych jej koleżanek ( szczególnie tych podnoszących nóżki wysoko, szczupłych jak lelije) żywię niechęć tak wielką,że chwała Bogu,że latają za oceanem- bliżej- dopadłabym nocą i zgasiłabym jak świeczkę- te uśmiechy dookołagłowne i szczerzące się do mnie z mojego własnego telewizora, gdy ja przed ekranem zbieram własne płuca z podłogi-uprzednio oczywiście wyplute.
 O facecie i dzieciątku napiszę wkrótce, bo właśnie mnie wzywają! Mój czas na siedzenie właśnie się skończył.
Jeszcze rzutem na taśmę ( ależ sportowo się porobiło)- TORBISZONY
SÓWKOWE
I PIKOWANE
bo za oknem jesień i trzeba robić zapasy ( nawet torbowe) na zimę.

sobota, 11 października 2014

W ramach troski, czyli zatroszcz się o siebie

Aby jeszcze lepiej spełniać swoje zaszczytne obowiązki w PLACÓWCE, dyrektor zafundował RADZIE , czyli nam ,vel pospólstwu ( sam nie był, bo widać nie musi-JEGO- problem widocznie nie dotyczy) szkolenie na temat wypalenia zawodowego.
Nam TRZEM WYPALONYM JAK ZAPAŁKI (w cywilu KOLEŻANCE, FOKSIOWEJ I MNIE) w to graj. Rzeczywiście musiałyśmy wyglądać na lekko zjarane pracą, bo wykładowca cały czas patrzył nam  w oczy, uniemożliwiając komentowanie wykładu, ale ponieważ wykładowca znamienity, elokwentny i znany nam z innych szkoleń, uwagi własne zostawiłyśmy na koniec, aby zgodnie stwierdzić,że najbardziej przemówiła do nas rada,że GDY JUŻ NAPRAWDĘ, ALE TO NAPRAWDĘ SIĘ NIE DA, należy zgłosić się do lekarza pierwszego kontaktu i oświadczyć,że hydroxisinum już nie działa, rzucić się malowniczo na biurko, odmówić opuszczenia gabinetu i błagać o trzy tygodnie L4.
-Jeszcze nie jestem na tym etapie ale mam blisko i jeśli nikt się o mnie nie zatroszczy wezmę sprawy w swoje ręce-zdałam relację w domu , co jak zwykle zostało bez echa, ale ZATROSZCZACZ wziął i wywiózł mnie w ramach relaksu w moje ulubione miejsce
gdzie spaceruję
spotykam koleżanki
i zastanawiam się czy zgubiłam mózg
w roli mózgu purchawica olbrzymia- grzyb ponoć jadalny, ale ( co uświadomił mi brat leśnik) pod ochroną- tym razem ochroniło go to,że przyjechaliśmy za późno, bo- co na moim podwórku i jadalne- to moje! ( chyba,że da radę uciec)
że jeszcze nie skorzystałam z rady wykładowcy,
i delektuję się ciszą, nie słysząc na okrągło:
- kiedy można będzie jeść? (np. po zrobieniu sałatki owocowej- gruszka na cztery, jabłko na dwie części  i to wsio polane jogurtem)- od WYBITNEGO, który pojawił się w nowym zespole i objawił talenta wszelakie- za wyjątkiem tych WYCHOWAWCY PRZYJAZNYCH typu: słuchanie itd...)
- czy idziemy dziś na plac zabaw a jeśli tak to kiedy, a jeśli nie...   to też kiedy?
- kiedy idziemy do domu? ( już o 8.05- pada po raz pierwszy)
- którą niebieską książkę otwieramy?- a jest tylko JEDNA NIEBIESKA
ŚLUBNY stara się jak może i nawet grzybki z lasu donosi ( dla rąk zajęcia) i usiłuje być miły:
- Taką kieckę sobie uszyj- radzi, gdy oglądamy program o ogrodach i pokazują suknie z kapuścianych liści- BĘDZIESZ KAPUŚCIANA ŻONA- cieszy się
-Bo mam męża głąba?- pytam retorycznie , ale grozi mi,że mnie z liści obgryzie, więc daję spokój.
Największą troską otoczył mnie jednak operator sieci komórkowej, bo wreszcie- nawet tu w leśnej głuszy, pojawił się symbol 3G i internet działa!
Nic to jednak w porównaniu z pewnym bankiem, który listownie (list odebrała KOLEŻANKA  w zastępstwie nieobecnej sąsiadki) złożył życzenia urodzinowe sąsiadowi, który od 10 lat wącha kwiatki od spodu a jednocześnie zaoferował mu w uznaniu zasług najlepszą ofertę kredytową, pod warunkiem,że osobiście do nich przyjdzie i przy okazji odbierze specjalny prezent!
KOLEŻANKA zastanawiała się, czy przekazać list wdowie, czy polecieć w wiadome miejsce i odczytać zainteresowanemu, ale doszłyśmy do wniosku,że gdyby nie nasz stan wypalenia, najlepiej by było, gdybyśmy OBIE podszywając się za nieutulone w żalu wdowy, zgłosiły się do banku po odbiór prezentu twierdząc,że konsultowałyśmy z mężem i SIĘ ZGADZA!
WIELU TROSZCZĄCYCH( A NIE ZATROSKANYCH) ŻYCZĘ W TEN PIĘKNY DZIEŃ!
P.S. Biorąc pod uwagę,że zmartwień życiowych już nie dużo przede mną, bo jak powiedziała moja uczennica "Pani wie,że koło sześćdziesiątki się umiera?" ( mam nadzieję,że to nie była sugestia)- może jednak coś odpalę i się nie wypalę ( Foksiowa dziś odpaliła welocyped i pomyka po parkach) i jeszcze trochę pociągnę :)

niedziela, 21 września 2014

Nic się nie stało, czyli pora się odezwać.

Nie utopiłam się w fontannie ( ku szczeremu zmartwieniu niektórych)

ani w zupie ( nawet na michę słynnej zagłebiowskiej zalewajki się nie załapałam)
Wakacje upłynęły mi na podróżach małych i dużych. Torbowanie poszło w kąt i tu biję się w piersi czując ból za mostkiem- OBIECANA CZARNEMU PIEPRZOWI- wciąż w fazie projektu. Daruj jedyna - nie zabijaj słowem zacnym i dobijającym - sama wiem żem człek beznadziejny i do tego bez nadziei.
A co mnie tak odciąga od monitora i maszyny?
"Pierwsze primo"
ŚLUBNY kręci się jak giez koło mnie ciągle wymyśla atrakcje. Nęci,że grzybki się pojawiły i trzeba jechać na wieś

Owszem pojechałam z dziką chęcią, bo co jak co, ale grzybki zbieram jak oszołom ( byle nie ze ścian). Na miejscu okazało się,że kultowe gumiaki zostawiłam w sieni tuż obok talerzyka z trutką na myszy- wyjedzoną do czysta!
Myszy akurat się nie boję-BYLE NIE BYŁY MARTWE!
-Ciekawe , czy mi tam jaka nie zdechła w gumiaku- rzuciłam beztrosko jednocześnie pakując rękę w głąb.
Nawet nie wiedziałam,że tak potrafię wrzeszczeć. ŚLUBNY też nie wiedział i popiołem z pieca uczcił występ- rozsypując go po całej kuchni za nim do mnie przyleciał z pustą łopatką.
W tym czasie byłam już na dworze , w odległości  20 metrów od gumiaka i wycierałam intensywnie ręce w mokrą trawę , dla lepszego efektu plując na nie resztami śliny, bo z wrażenia zaschło mi w gardle.
-Co ty wyrabiasz?- brudna ręka zostawiła ślady na czole PYTAJNIKA. Nawet przez moment zastanawiałam się, czy nie napluć mu na czoło, ale szkoda mi było drogocennej śliny.
Do wodociągu zagradzał mi drogę GUMIAK Z ZAWARTOŚCIĄ!
-Coś tam jest!- wydarłam się, choć rozmówca stał tuż obok- W dodatku zdechłego i obslizgłego!
-Jeśli cokolwiek tu żyło-ŚLUBNY jak zwykle tryskał optymizmem - to od twojego wrzasku na pewno zdechło- pocieszył mnie i wyjął z gumiaka zapomnianą skarpetkę.
Czasem chłop się jednak na coś przydaje.
To wypomina ,że zakupione w celach sportowych obuwie
kurzy się z bezczynności i wyciąga nad pobliski zbiornik, który z zemsty oblatuję ciągnąc go za sobą i nabijając na moim telefonie kolejne kilometry, bo cichaczem i nie cichaczem do jakiegoś czasu ćwiczę (przezywana przez KOLEŻANKĘ- "moje ty endomondo"-ale o tym napiszę kiedyś oddzielnie)-SIE ZDZIWIŁ!
NO I NAJWAZNIEJSZY POWÓD BRAKU CZASU-  w placówce zaczął się nowy rok szkolny a z nim nowe wyzwania!
Znów klasa I ( jak ja tęsknię za Tajfunem!)- tym razem znowu sześciolatki- na razie jestem na etapie wyjasniania,że zeszyt " w paski" to inaczej w linie a w "krzyżyki" to kratka po prostu i jestem Bogiem, bo potrafię posługiwać się jako jedna z nielicznych, nożyczkami i temperówką.
24 sztuki głodnych nie wiedzy niestety ale śniadań, toalety i podwórka dusz do ogarnięcia.
 NA RAZIE NIE OGARNIAM!
Dlatego dziękuję wszystkim za komentarze i ponaglenia- postaram się lepiej prowadzić w przyszłości:)



piątek, 1 sierpnia 2014

zmiany, czyli...po staremu

Ślubny stanął na wysokości zadania i wywiózł najszybciej jak się dało ( czytaj- kierownictwo dało urlop) UKOCHANĄ na ukochaną wieś.
Złudzenia były piękne:

a rzeczywistość skrzeczała bardziej prozaicznie:

  • rwanie porzeczek (tłuszcz wytopił mi się z pleców)
  • robienie soku ( którego i tak nikt nie będzie chciał pić, bo wolą sklepowe) 
  • walka ze zmasowanym atakiem kłująco gryzacego robactwa i owadztwa
  • ropucha o 23.00 pod własnym łóżkiem- Chwała Bogu,że wysportowana jezdem i posiadam kije do "nordika", które  na razie posłużyły mi do przesuwania zasłon i wygarniania ropuchy spod łóżka, bo ŚLUBNY TERMINATOR pałał żądzą mordu i tylko ostrzeżenie-"Ropucha ma JAD!" powstrzymało go przed zbrodnią, a ona bidulka poszła spokojnie na "nocne kije".
Żeby nie było,że kupiłam kije dla ropuchy, na drugi dzień poleciałam pętelką w las. Upał jak w tropikach, pot leje się po... wszędzie a tu nagle przy kolejnym zakręcie głos z krzaków:
-Pani to tak dla zdrowia lata?- Babcia jagodzianka podniosła się z kolan, zasłaniając fartuchem "maszynkę"do zbierania.
-Taaaak- głos latającej o tyle niepewny, bo płuca dawno wyplute.
-Jagód by se pani nazbierała- też gimnastyka, a nie tak latać ( tu spojrzenie padło na przyodziewek sportowy) w majtkach po lesie!-   z dumą pokazała swój zbiór w wiadrze po farbie.
-Jagody to mój mąż lubi zbierać- jak się okazało POGRĄŻYŁAM SIĘ, bo Jagodzianka tylko westchnęła, coś tam o miastowych głupkach pomruczała i wzięła się do zbierania a ja popełzłam dalej, świadoma tego,że MUSZĘ NAD SOBĄ POPRACOWAĆ.
Tym bardziej,że wszędzie zachodzą ZMIANY!
Na naszym dziewiczym dotąd zbiorniku wodnym ruch i gwar oraz obiekty nieznane:

Nikomu jak widać nie przeszkadza,że woda ( dotąd ) czysta i cisza wokół
Moje ulubione Kuźnice Koneckie rozczarowały brakiem loterii "każdy los wygrywa" ale zaskoczyły wystawą malarstwa
i występem zespołu ludowego o jakże smacznej nazwie RZYGOWIANKI
W ramach zmian mi najbliższych uprzejmie donoszę,że:

  • wykonałam plan 50 letni, co zostało udokumentowane w/w kubasem oraz lekturą obowiązkową
z pracowicie wklejonym portretem ( bratostwo się postarało i wydarło RODZICIELCE pamniontke)
  • zamiast podróżować po świecie zbieram prezenty ZE świata:
  • od AGNI ( nie tylko ikona, ale naszyjnik - sowa gdzieś mi poleciała a smakołyki zeżarli)


a kije zabieram w tym roku na wycieczkę do Polanicy ( tam mnie nikt nie zna- mogę straszyć do woli).
Za granicę się nie wybieram , bo jak się okazało moja znajomość języków obcych jest na poziomie ŻENUA!!!!!
Uświadomił mi to MŁODSZY, gdy rozanielona wręczyłam mu koszulkę z angielskim napisem- według mnie ŻYCZĄCYM SZCZĘŚCIA
-Ty coś piłaś?- uśmiech lekko mi zwiądł- bo ja lubię dowcipne napisy, ale wszystko ma swoje granice- dodał, a potem wyjaśnił, co tak naprawdę słowo FART ZNACZY

STARSZY na szczęście przygarnął koszulkę nieboraczkę:
-Na siłownię jak znalazł- wszyscy będą się trzymać z daleka!
Muszę się jeszcze wieeeele nauczyć, ale mam czas- żyć będę dłuuuugo, bo śmiech przedłuża życie.

PS.Jeśli sił i weny starczy może coś skrobnę niedługo, bo Foksiowa wróci z kuracji i zaraz mnie rozliczy!

wtorek, 22 lipca 2014

jezdem, jezdem, ale leń mi się włączył

Wbrew nadziejom niektórych źle mi życzących " zielonka" upłynęła  z pieśnią na ustach,bo Tajfun zadziwił wszystkich i BYŁ GRZECZNY a Jakuza została profilaktycznie w mieście, gdzie na gościnnych występach w klasie drugiej, dowodziła tego,że jest grzeczna, tylko PANI się nie zna.
Plażowanie przyjmowało wprawdzie różne formy

a kreacje czasem wymagały poprawki
w tej zaszczytnej roli moja własna frotka do włosów
ale najważniejsze ,że wróciliśmy w komplecie, pomimo tego,że:
  • nasza pani próbowała nas utopić zabierając nas w morze i nie ostrzegając,że buja ( w dodatku piszczała razem z nami i zjeżdżała po ławeczce na CHUDZINKI, które nie przeczuwając niczego usadowiły się obok niej, żeby czuć się bezpiecznie)
  • pozwalała na zakopywanie w piasku i w najlepszym momencie ogłaszała zbiórkę, tak żeby CZŁOWIEK musiał wykopywać się w tempie ekspresowym zakopując jednocześnie własną czapkę ( a potem ZDZIWIONA,że czapki giną)
  • nie pozwalała na kupowanie glutów i bomb pierdzioszek ( w ostatnim dniu dopiero zmiękła i dzięki temu nasi rodzice dostali wspaniałe pamiątki)
  • ciągle siedziała na korytarzu z innymi paniami i nawet nie można było rozwinąć pełnej szybkości w biegu po pokojach
  • CIĄGLE KAZAŁA SIĘ MYĆ (chyba miała tajną umowę z wodociągami)
  • w czasie dyskoteki SUGEROWAŁA TANIEC! ( a wiadomo,że najlepiej zapiernicza się wokół sali- potrącając tych frajerów co posłuchali i tańczą).
Ponieważ te upojne chwile spędziłyśmy z Foksiową i Koleżanką- nic do szczęścia nam nie brakowało.
W szkole wszystko wróciło do normy- tajfun tajfunił , Rusałka ( na użytek zielonoszkołowy tajnie WŚCIEKLICĄ zwana) wygrzeczniała , tak,że z czystym sumieniem można było zakończyć rok szkolny.

Na rozdanie świadectw Tajfun przyszedł wprawdzie z bronią ( pistolet na wodę) ale jej nie użył, więc mogę sobie pogratulować,że odniosłam sukces wychowawczy

poparty pracowicie wykonanym dowodem- Dowód na to,że teraz mogę się lenić, bo to ten czas!