sobota, 13 sierpnia 2011

JABŁOŃ OBOK KOLANA czyli post wcale nie ogrodniczy

MALKONTENT ciągle musiał pracować, ale najważniejsze,że NIE UDAREMNIAŁ- wybraliśmy się tym razem na północ- pilnie wypatrując znaczków: pałace, dwory, ruiny, na  podręcznej, trochę sfatygowanej przez nasze nieudolne składanie mapie.
-KOLANO koło JABŁONI- odczytał KIEROWNIK.  Brzmiało obiecująco- już wyobrażałam sobie łysy pagórek z widokiem na okolicę, a tu niespodzianka-PŁASKIE , ZACHASZCZONE, ALE Z PAŁACYKIEM,

o którym nic nie wiemy, bo pusty i na głucho zamknięty.Dla złodzieja niedostępny, bo strzeżony przez hordy krwiopijczych komarów.
-TY TU SOBIE CYKAJ, A JA IDĘ ZANIM MNIE ZAGRYZĄ-zrejterował POGRYZIONY i zostawił DRAPIĄCĄ SIĘ PO KOSTKACH sam na sam z dworkiem i KRWIOPIJCAMI-POLEGŁAM I POGNAŁAM W ŚLAD.
JABŁOŃ okazała się FACETEM- JABŁONIEM-za to polskim

 z iście angielskim zamkiem
Tu rolę komarów godnie pełnił rozłożony przed wejściem DUŻY PIES-dla nas WYSTARCZAJĄCO DUŻY, żeby zachęcić nas do sesji PRZEZ kraty.
-TEN BY CIĘ ZJADŁ NA RAZ!-wieszczył ZNAWCA i wolałam od razu uwierzyć.
MR ZOOOOM się postarał
Wisznice- nazwa nie zapowiadająca wsi- królestwa second handów .Naliczyłam ze cztery, ale HAMULCOWY nie spuszczał mnie z oka (bo zginiesz!) i dlatego, po rundce wokół dawnej cerkwi unickiej
ładnie odnowionej z dużą dbałością o detale
takie nawiewki sama chciałabym mieć
zahaczyłam tylko o jeden, gdzie w szalonym pędzie, po skrytym zakupie bawełnianej koszulki  Z PRZEŚWITAMI- za całe 4 zł próbowałam udawać,że zaciekawiła mnie tablica pamiątkowa  ku czci poległych powstańców.( W POBLIŻU)
-TE AŻURY W SAM RAZ NA OBECNE TRZYNAŚCIE W PLUSIE- skomplementował jednocześnie ZAKUP  i pogodę  TEN CO SIĘ NIE ZNA i pogonił w kierunku cmentarza- nie broń Boże, aby dokonać skrytobójstwa i MIEĆ BLISKO, ale żeby zwrócić SZANOWNEJ MAŁŻONCE  uwagę na
grób rodziny KRASZEWSKICH - nie dlatego ŻEM PISARKA !:)  ale pamiętał,że zapisałam się jako uczestnik do tworzenia bloga http://projekt-kraszewski.blogspot.com/ I COŚ MU TAM ŚWITAŁO.
-MIAŁAŚ COŚ CZYTAĆ I JAKOŚ CI NIE IDZIE-nawet nie wiedziałam,że jestem ciągle inwigilowana!
-IDZIE, IDZIE uspokoiłam go , ale na razie nie mam ARCYDZIEŁA lub jego zamiennika.
Okazja nabycia trafiła się wkrótce. Po otrzęsinach na podrzędnych drogach trafiliśmy do  ROMANOWA.
NIE SAMI, bo za nami przyleciały TE SAME, jeszcze bardziej złaknione krwi komary. Drogę z samochodu do drzwi muzeum po rozkopanym podjeździe pokonaliśmy w rekordowym tempie- NIE OTWIERAJĄC UST ( a dyszeć się chciało!),ŻEBY  SIĘ NIE NAŁYKAĆ GADZINY!
Szarpnęłam za klamkę-NIE USTĄPIŁA! W niemym przerażeniu potoczyliśmy  wzrokiem wokół-BIEG Z POWROTEM WCHODZIŁ W RACHUBĘ WYŁĄCZNIE PO WYDYSZENIU!
-CO TAK PANI MACHA?-dobiegł mnie głos WYBAWCZYNI, która z gracją WCALE SIĘ NIE SPIESZĄC otwierała nam drzwi.
-DWANORMALNEALEKOMARY- odpowiedziała na wydechu TA CO WIE, ŻE CO2 TEŻ JE PRZYWABIA i dlatego starała się nie oddychać. Na tylko tyle niedotleniony mózg było stać!
-Komary TRZEBA POLUBIĆ- uśmiechnęła się  ŻARTOWNISIA a potem z precyzją i tempem karabinu szybkostrzelnego przekazała nam CAŁĄ wiedzę o KRASZEWSKIM, sprzedała bilety i umożliwiła zakup dwóch WYDAWNICTW ( w tym horroru CZERCZA MOGIŁA)
-Nie dziwię się,że przy TAKICH KOMARACH FACET PISAŁ HORRORY- skomentował rewelacje PRZYSZŁY CZYTELNIK i poszliśmy W AMFILADĘ.
Nie wiedziałam,że  AUTOR  był również zdolnym malarzem i rysownikiem
oraz STRATEGIEM czego dowodem jest list do matki GODZIEN PRZYTOCZENIA
-TWOJA FAMILIA TEŻ NAJŚLICZNIEJSZA, ALE CO DO RESZTY TO JUŻ NIE WIEM-wyraził swoje wątpliwości TEN, CO WKRÓTCE ZNÓW STANIE PRZED WYBOREM, JAKO KAWALER Z ODZYSKU, ale byłam ponad to kontemplując w tym czasie podróżny stoliczek

z jego sprytną bambusową konstrukcją.
W odwecie kazałam się uwiecznić JAKO DZIEDZICZKA
zielone "crocsy" z Biedronki pasują dziedziczce jak ulał
i PRZYJACIÓŁKA ARTYSTY ( FOTOGRAF ponarzekał ŻE GRYZĄ ,ale fotki strzelił).
 Zadowolona ogłosiłam KONIEC WYCIECZKI i ŁASKAWIE pozwoliłam się zawieźć do domu.
Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam komentarz FOTOGRAFA
- FACET AŻ  ZESZTYWNIAŁ, JAK MU TEN ŁOKIEĆ WBIŁAŚ!- i to by było na tyle!

sobota, 6 sierpnia 2011

NIC TAM NIE MA, czyli nie zawsze BRAT ma rację

Goszczące nas BRATERSTWO musiało niestety  oddawać się w pocie czoła swojej pasjonującej pracy i z utęsknieniem czekać do 15.00, ew. do piątku, aby dołować nas swoim "PO CO TAM JEDZIECIE - NIC TAM NIE MA!" i to niezależnie od tego, w jakim udalibyśmy się kierunku- WAŻNE,ŻE BEZ NIEGO! i to go gryzło jak spuszczel deskę.
Na szczęście jest CAŁY CZAS o 12 lat młodszy i TO pomimo wąsów i brody  nadal się nie zmienia- NIE POSŁUCHAŁAM SMARKACZA-i całe szczęście!
Ponieważ pogoda nie nastrajała opalankowo, RUSZYLIŚMY W TEREN!
Naszym celem była Łęczna z UNIKALNĄ synagogą, wartą swojej nazwy , bo UNIKNĘLIŚMY jej zwiedzania -zamknięta na głucho.

Uciekające na fotce panie w malowniczych pomarańczowych kubraczkach (dzielnie walczące z trawą) poradziły nam ,żeby SZUKAĆ TAKIEJ MAŁEJ CZARNEJ- GDZIEŚ TU SIĘ KRĘCIŁA A TO KIEROWNICZKA JEST,ale MAŁA CZARNA widocznie się przefarbowała, albo wyjechała w siną dal.
PRZYTOMNY udał się po sąsiedzku- do biblioteki miejskiej i TAM POZNAŁ OKRUTNĄ PRAWDĘ-MUZEUM NIECZYNNE RÓWNIEŻ WE WTORKI!
Polataliśmy tylko po mieście z UNIKALNYMI figurami przed kościołem
Pierwszy raz widzieliśmy , aby KTOŚ nie zważając na zaistniałe okoliczności ( PIEDESTAŁ I TE SPRAWY) tak intensywnie przygotowywał się do kolejnej edycji TAŃCA Z GWIAZDAMI

Widok ten nastroił nas do tego stopnia pozytywnie,że otworzyliśmy  na chybił trafił mapę okolic w poszukiwaniu bezdroży, w które można by się zapędzić.
W Zawieprzycach usłużna mapka kusiła nas ikonką RUINY
-Pasujemy- znaczy nie PAS, ALE JADYMY- jako osoby W LECIECH- podjęliśmy decyzję , jak się okazało słuszną


Pospacerowaliśmy po rozległym parku i pozaglądaliśmy w każdą dostępną dziurę
MĄŻ PATRZY NA WIEPRZA A WIEPRZ ODWDZIĘCZA SIĘ PŁYNIĘCIEM
ale najbardziej zaciekawił nas obelisk
na górce przed zamkową bramą. Dopiero w domu doczytałam,że to na pamiątkę po ZAMUROWANYCH ŻYWCEM KOCHANKACH-OJ DZIAŁO SIĘ, DZIAŁO !
-WIEDLI LUDZIE BARWNE ŻYCIE-skomentował to MAŁŻONEK-JA to sobie najwyżej glazurę w łazience mogę położyć!
Ucieszyłam się,że  W RAZIE CZEGO z gipsokartonu- PALCEM SIĘ WYDŁUBIĘ.

Nic dziwnego,że zamek w totalnej ruinie-kolejne pokolenia chciały pewnie sprawdzić procentową zawartość prawdy w legendzie i PO SPOŻYCIU PROCENTÓW (widzieliśmy ślady libacji) z odwagą rozbierało sukcesywnie cegła po cegle kolejne ściany .
NIE WIEMY NIESTETY Z JAKIM SKUTKIEM- ALE CHYBA JAK MÓWIŁO BRATERSWO-NIC TAM NIE BYŁO!

sobota, 30 lipca 2011

Czasem HOLA to nie JARMARK, ale próżne powstrzymanie BOHATERKI

Za oknem leje, leje i leje. BRATERSTWO wieszczy kataklizm pod hasłem LEJE I BĘDZIE LAĆ!
-To jedziemy na jarmark, czy nie?-waha się HAMULCOWY
-Nie po to jechałam 400km ,żeby odpaść na ostatnich kilkudziesięciu i MAM GUMIAKI-odpowiedziałam wątpiącym, ale po zastanowieniu ( szkoda,że tak krótkim)  i wielokrotnemu patrzeniu z nadzieją na zasnute ciężkimi chmurami, bure niebo- postanowiłam ZAOSZCZĘDZIĆ i wybrałam STRÓJ MIEJSKO WAKACYJNY, czyli adidaski i kurteczkę wzgardzając rycersko podanym parasolem.PANOWIE poszli o krok dalej i serfowali w sandałkach!
W HOLI TEŻ LAŁO!
-Będzie mniej przeciskających się przy straganach!-starałam się wesolutko odwrócić uwagę pozostałych wycieczkowiczów z troską wyglądających przez szyby SREBRNEJ STRZAŁY skodą zwanej, zakopującej się właśnie na podmokłej łące ( po uprzednim zapłaceniu całych 5zł za UMOŻLIWIENIE ROZRYWKI).
Podobnie myślących BYŁO WIELU!!!
Po kilku akslach, czy też innych tulupach na błocku wzdłuż cerkiewnego płotu w rytm "hospody pomyłuj"

i radości,że INNE W SZPILECZKACH I STROJACH GALOWYCH ślizgnęliśmy się wzdłuż straganów o RÓŻNORODNEJ ZAWARTOŚCI i NA KAŻDY GUST:)


W konsumpcji smakołyków przygotowanych przez samozwańczą grupę WESOŁE SĄSIADKI
przeszkodziły nam nawracające fale deszczu oraz to,że nie wpadliśmy na pomysł ,aby STWORZYĆ ŻYWY SKANSEN, jak POMYSŁOWI KONSUMENCI, którzy pod odwinięciu zabytkowej serwety gościli się aż miło!
Łaziłam w te i wewte, żeby pod foliowymi płachtami odnaleźć stoisko IVONNY-naszej blogowej koleżanki.
Gdy wreszcie mi się udało
to MIAST INTELIGENTNEGO ZAGAJENIA, w oszołomieniu gapiąc się na te cuda, potrafiłam tylko POINFORMOWAĆ TWÓRCZYNIĘ ,ŻE NIC NIE KUPIĘ TYLKO SIĘ GAPIĘ, BO PADA! ORAZ ŻE PODCZYTUJĘ  JEJ BLOGA I ŻYCZĘ ŻEBY PRZESTAŁO PADAĆ.
-INTELIGENTNA GADKA PO ZBÓJU!-dobił mnie zaślubiony KRASOMÓWCA.
Sama wiem,że kompromitacja, ale w kapturku z grzywką zalepiającą skutecznie oczy ( i widocznie mózg) mam nadzieję,że zostanę nadal INCOGNITO.
Po wygrzebaniu się z błota, obraliśmy KIERUNEK WŁODAWA, gdzie panowie POPRAWILI NIECO WYGLĄD
w miejscowej kałuży
a BOHATERKA zadumała się nad tym,że TYM RAZEM DOTARŁA DO GRANIC
gadając głupoty, w jak się okazało ROZKLEJONYCH BUTACH, które nie udźwignęły ciężaru konwersacji.

czwartek, 28 lipca 2011

W RODZINNYM GRONIE czyli na sępa

Wyruszyliśmy na wschód nie tylko dlatego,ze jak mówił jeden z bohaterów Seksmisji- "tam musi być jakaś cywilizacja", ale głównie po to aby na TZW. SĘPA spędzić parę dni w rodzinnym BRATERSKIM GRONIE traktując leśniczówkę


jako znakomitą bazę wypadową pełną darmowego jedzenia


i obiektów chętnych do głaskania


Wypoczynek odbywał się dwutorowo
albo testowaliśmy stan wód- WODNIK SZUWAREK

albo stan ogumienia nożnego- po urodzie gumiaczków poznać ,że BOHATERKA


obserwując piękne krajobrazy Pojezierza Łęczyńsko- Włodawskiego




tu rezerwat Jezioro Obradowskie

i szukając właściciela ZGUBY




która skutecznie acz krótkotrwale odcięła nas od sklepowych źródeł jadła i napojów wszelakich.

Pogoda niestety rozczarowała na całej linii- buro, szaro i ponuro i jak to określił CHĘTNY-NIC TYLKO PIĆ! (oby było co!).
Wszystko opisuję z opóźnieniem spowodowanym nie wrodzonym lenistwem, ale strajkującym bloggerem, który nie chciał wstawiać zdjęć.

Serdecznie dziękuję AGNI   z dalekiej Grecji oraz ASI I WOJTKOWI z Siedliska pod lipami za wyróżnienie mnie "serdecznym"
na które pewnie nie zasłużyłam -zatem jako fuks cieszy tym bardziej.
Mam napisać o siedmiu rzeczach, których o mnie nie wiecie i nominować 16 blogów- i tu klops , bo nie potrafię wybrać tylko szesnastu- CHCIAŁBYM WYRÓŻNIĆ WSZYSTKIE OBSERWOWANE PRZEZE MNIE BLOGI, BO DZIĘKI NIM MOJE HORYZONTY Z KONIA Z KLAPKAMI zmieniły się na PILOTA SZYBOWCA:)
A teraz to czego jeszcze nie wiedzieliście
1. nigdy nie leciałam samolotem i to nie dlatego ,że się boję ( bo jak nie leciałam to skąd wiem) po prostu nie było okazji
2. boję się usiąść za kierownicą CZEGOKOLWIEK-zdolności kierownicze w zaniku
3. lubię i ludzi i SAMOTNOŚĆ ( nawet w tłumie)
4. z uwagi na PROWADZONY TRYB ŻYCIA mogłabym być ZAKONNICĄ ( TAK PRZYNAJMNIEJ TWIERDZI ZNAWCA!) tyle ,że ani modlić się ani chodzić do kościoła specjalnie nie lubię.
5.po kilku dniach w podróży lub "na wyjeździe" zawsze ciągnę do domu.
6. NIE CIERPIĘ, GDY KTOŚ KAŻE MI ORGANOLEPTYCZNIE SPRAWDZAĆ "Patrz jak się spociłem (am)"-szkoda,że AKURAT zainteresowane OSOBY tego nie czytają.
7. ryczę z byle powodu i każdy myśli,że to smutek vel ROZPACZ a najczęściej to bezradność i wściekłość a wybieram płacz, zamiast komuś po prostu dowalić.

niedziela, 17 lipca 2011

WINO REAKTYWACJA , czyli ponownie walczymy z nałogiem

ALKOHOL TWÓJ WRÓG- a zatem W MORDĘ GO LAĆ!- to świetlane przesłanie towarzyszyło dzielnym WINIARZOM, podążającym do przytuliska, aby po raz kolejny spróbować uskutecznić projekt PERPETUUM MOBILE-czyli WINO z absolutnie NIE WINOGRON -a swojskich porzeczek.
-Ja ręki do nałogu NIE PRZYŁOŻĘ!- zapowiedziałam pamiętając,że w roku ubiegłym SINOŚĆ RĄK MOICH po kontakcie  Z OWOCEM, z powodzeniem mogłaby konkurować z truposzczakiem dobrze odstałym.
KOLEŻANKA ( zawsze chętna do współuczestnictwa WE WSZYSTKIM) tym razem DOBRZE SIĘ PRZYGOTOWAŁA
Z TAKIM "MANICUREM"- wiadomo-NIETYKALNA!-może tylko zalegać na hamaczku i pięknie pachnieć, co czyniła w ilościach ponadnormatywnych, zmuszając tym samym GOSPODYNIĘ do korzystania z w/w udogodnień o latarce,
ale za to z imponującym widokiem na pełnię księżyca prześwitującą przez wiązy.
WINIARZ poradził sobie ze zbieraniem sam a używając CUDOWNEGO SPRZĘTU -MACHINERIĄ  zwanego ( cudem nabytego na targu staroci za całe 25 zł)
 z odzyskiem cennego soku radził sobie również znakomicie, pozostawiając ukochanej :
  • DONOSZENIE NAPOJÓW NIEZBĘDNYCH DO ŻYCIA
(aby dotrwać do końca fermentacji - TRZEBA PRZECIEŻ COŚ PIĆ)
oraz oprócz PRÓB ZGONIENIA OPORNEJ Z HAMACZKA
  • obserwację podwórkowej flory
kwiatka, który pomimo zimowego zasuszenia ( zapomniałam zabrać go z balkonu RODZICIELKI) WZIĄŁ I SIĘ NIE DAŁ!


Lilijki od Amalii, która nie zważając na totalny brak opieki świetnie radzi sobie sama

NIEŚWIADOMEGO SWOJEGO TRAGICZNEGO KOŃCA BOBU.

WINIARZ nabrał od kręcenia takiej siły,że wieczorem ukręcił radiową antenkę a potem dziwił się,ŻE NIE GRA!
Od czegóż jednak ŻONA!
MARKOWE RADIO NIEZNANEJ MARKI nabrało nowej mocy dzięki nowej antenie z niezniszczalnego pogrzebacza i DALSZE STACZANIE SIĘ PRZY MUZYCE  w towarzystwie
można było kontynuować.
Pogoda się skiepściła i nawiedzili nas BEDUINI , czyli MŁODSZY z towarzystwem- przebywający w okolicy pod namiotami, których burze zagoniły pod dach i do koryta.
Właściwie ocenili nasze wysiłki -WÓDKĘ TO SIĘ LEJE DO ARBUZA A POTEM ZJADA!.
TEGO  jeszcze nie próbowaliśmy, ale po arbuzie zostały tylko resztki a ZALANA KOSTKA TO JUŻ NIE TO!
Nazajutrz był dalszy ciąg młodzieżowego szkolenia- JAK ZE SZNURKA I KIJA ZROBIĆ ŚMIERCIONOŚNĄ BROŃ oraz moduł drugi- JAK BEZ DRABINY USUWAĆ ZESCHŁE GAŁĘZIE NIE POTRAFIĄC LATAĆ
Szkoda,że MŁODZIEŻ nie przebywa z nami dłużej bo nasza kreatywność bardzo by na tym zyskała:)