ZIMNO. W domu zaledwie 9 stopni. Nie kombinujemy jak zwykle, tylko po Bożemu rozpalamy najpierw w sypialni
("Można się tu będzie UGOTOWAĆ!"-cytat wiadomo kogo), ja wkładam drugie skarpety trzeci sweter i kamizelę, sprawdzam , czy tyłek nie przymarza do deski sedesowej ( o myciu w łazience trzeba zapomnieć, chyba,że ktoś ma na drugie MORS) I IDĘ NA OBCHÓD. Puszczyka w stodole nie ma- NIEDOBRZE, myszy wdarły się do sypialni- XL niedobrze!, Ślady kuny na schodach-DOBRZE (MOŻE CHCIAŁABY TU PRZEZIMOWAĆ- MYSZOM NA POHYBEL?
Chłodny ranek. W piecu oczywiście zgasło, więc owinięta w narzutę czołgam się do kuchni , aby jednym- najmniej zaspanym palcem zrobić PSTRYK i włączyć czajnik.
Oczy jeszcze śpią, ale mózg już się domaga-KAWY! CIEPŁEJ!
Rzucam wzrokiem na ZAOKNIE, gdzie poprzednio widywana była BABA Z KAPTUREM... MATKO! KTOŚ WLEPIA WE MNIE GAŁY!I TO Z BLISKA!
To tylko zaplątana w krzaki krowa. Wołam ŚLUBNEGO-z miejsca oferuje,że ją wydoi, ale powstrzymuje go roztoczona przeze mnie wizja WŚCIEKŁEGO PASTUCHA czającego się w krzakach.
Południe-krowa włóczy się po chaszczach a my jedziemy DO MIASTA po uzupełnienie spiżarni-jak zwykle kupujemy tylko konieczne produkty
Po drodze od pani D. dowiadujemy się,że krowy ( w sumie 4 ) przyprowadził rano pijany P. i "tak o...se puścił"
-Nie boi się ,że poginą?-zdziwiłam się
-Pani!-prędzy krowa do domu trafi niż on-oceniła zdolności nawigacyjne PASTERZA sąsiadka i chyba miała rację, bo gdy wróciliśmy, po krowach zostały tylko placki.
Spacer nad rozlewisko,żeby spalić "łabędziowe kalorie"
a potem PAN haruje jak dziki osioł odławiając ŻABĘ ze studni i grabiąc tony wiązowych liści, naprawiając płot,żeby zgrabnie mogły go przesadzać sarny i podkopywać zające
a PANI zalega jak prawdziwa dama zasłaniając się koniecznością sprawdzenia funkcjonowania łączy internetowych.
Aby udobruchać ZAHAROWANEGO wysilam się i robię grzaniec z naszego wina, co oczywiście spotyka się jednoosobowym aplauzem
Po grzańcu umęczony grabieniem CZŁOWIEK drzemie w kąciku,a ja w drugim z zezem rozbieżnym: czytam, oglądam telewizję i dziergam.
Z letargu wyrywa nas głos KREATORA MODY w lokalnej telewizji , opisującego GENIALNE MAJTKI DLA PANÓW -ZE ZŁOTĄ NITKĄ!.
-Albo poczynisz zakup albo następnym razem NIE GRABIĘ!-szantażuje mnie NIEWOLNIK MODY
-Może mają w GSie, to jutro rano polecę-studzę jego marzenia jako ETATOWA NIEWIASTA BEZ SERCA.
JUTRO-KONIEC SEZONU, czyli sypanie soli do syfonów, łowienie kolejnych żab i ceremonia spuszczania wody, KTÓRA KAŻDORAZOWO NAS PRAWIE ROZWODZI, ale dziś cieszmy się spokojnym wieczorem:)
Żegnamy nasze przytulisko na dłużej:(
sobota, 13 listopada 2010
piątek, 12 listopada 2010
JAK KUBA BOGU, czyli meandry wychowania
Jesteśmy na wsi-za oknem leje i wieje. Mościmy się przy piecu i zastanawiamy , co w ty czasie robi MŁODZIEŻ pozostawiona sama w domu.
-Ciekawe , czy nie są głodni- to wbrew przypuszczeniom obawy nie TROSKLIWEJ MATKI ale wychowanego w rodzinie o kulinarnych tradycjach OJCA
-Oni BEZ PRZERWY są głodni-uświadamia go ta, KTÓRA NA CO DZIEŃ PODAJE NA OBIAD PIERŚ Z INDYKA-CAŁĄ!
Jesteśmy przekonani ,że jak zwykle sobie poradzą. Wpływ na ich wychowanie raczej nam się już przeterminował.
Jak Kuba Bogu-głośno myśli PROTOPLASTA co w tym wypadku (podejrzewanego przeze mnie o dysleksję MĘŻA) znaczy "Jak ich wychowaliśmy tak będą wychowani"- myśl WZNIOSŁA, choć może ZA BARDZO OCZYWISTA.
Zrobiliśmy WSZYSTKO co w naszej mocy:
Rozmawiałam niedawno z MAMĄ STUDENTA.
-Wyobraź sobie,że nie umiał w sklepie z naleźć piersi z kurczaka , bo NIE WIEDZIAŁ,ŻE nazywają się FILET!
Zaraz po powrocie do domu przeegzaminowałam MOICH SAMODZIELNYCH.
-Jak szukalibyście w sklepie piersi z kurczaka?-zadałam podstępne pytanie
-WCALE bym nie szukał, kupiłbym mrożone FRYTY- to wersja STARSZEGO.Komu by się chciało babrać z mięsem?
-POSZEDŁBYM Z KOLEGAMI-wersja MŁODSZEGO i okazało się ,że również moje pociechy nazwę FILET kojarzą tylko z rybkami z patelni.
WNIOSEK- chyba popełniliśmy błąd dając I RYBKĘ I WĘDKĘ ale i tak już ZA PÓŹNO:)
-Ciekawe , czy nie są głodni- to wbrew przypuszczeniom obawy nie TROSKLIWEJ MATKI ale wychowanego w rodzinie o kulinarnych tradycjach OJCA
-Oni BEZ PRZERWY są głodni-uświadamia go ta, KTÓRA NA CO DZIEŃ PODAJE NA OBIAD PIERŚ Z INDYKA-CAŁĄ!
Jesteśmy przekonani ,że jak zwykle sobie poradzą. Wpływ na ich wychowanie raczej nam się już przeterminował.
Jak Kuba Bogu-głośno myśli PROTOPLASTA co w tym wypadku (podejrzewanego przeze mnie o dysleksję MĘŻA) znaczy "Jak ich wychowaliśmy tak będą wychowani"- myśl WZNIOSŁA, choć może ZA BARDZO OCZYWISTA.
Zrobiliśmy WSZYSTKO co w naszej mocy:
- obserwowaliśmy ich rozwój- bez niepokoju- jak nasza ZNAJOMA,która przeczytawszy ,że 7 miesięczne niemowlę zaczęło chodzić- tego samego wymagała od swojego brzdąca i z uporem ciągała go po dywanie-BO W INTERNECIE PISALI!
- staraliśmy się nie porównywać LATOROŚLI z kolegami , i może szkoda, bo niedawno byłam świadkiem rozmowy, z której dowiedziaałm się,że znajoma MAMUSIA nie udziela się towarzysko, bo jak się wyraziła INNA MAMUSIA-ma dziecko (10 miesięcy) które często płacze i dlatego się wstydzi ,że TAKIE NIEWYCHOWANE! ( ciekawe co o naszych "darciochach" mówili inni-ale było-przepadło)
- Zapewnialiśmy w miarę możliwości GODZIWE WARUNKI DO SAMOKSZTAŁCENIA ( ale,żeby ktoś chciał z tego korzystać, to już inna sprawa)-ostatni wyczyn (pogrążający nasze szczupłe konta w otchłani diety Dukana)-mały netbook-KONIECZNY!( chociaż jak się wyraziła POSIADACZKA DWÓCH TELEWIZORÓW/OSOBĘ, czyli RODZICIELKA-NA CÓŻ WAM TYLE KOMPUTERÓW i telewizorów?)
Rozmawiałam niedawno z MAMĄ STUDENTA.
-Wyobraź sobie,że nie umiał w sklepie z naleźć piersi z kurczaka , bo NIE WIEDZIAŁ,ŻE nazywają się FILET!
Zaraz po powrocie do domu przeegzaminowałam MOICH SAMODZIELNYCH.
-Jak szukalibyście w sklepie piersi z kurczaka?-zadałam podstępne pytanie
-WCALE bym nie szukał, kupiłbym mrożone FRYTY- to wersja STARSZEGO.Komu by się chciało babrać z mięsem?
-POSZEDŁBYM Z KOLEGAMI-wersja MŁODSZEGO i okazało się ,że również moje pociechy nazwę FILET kojarzą tylko z rybkami z patelni.
WNIOSEK- chyba popełniliśmy błąd dając I RYBKĘ I WĘDKĘ ale i tak już ZA PÓŹNO:)
poniedziałek, 8 listopada 2010
Z DRUGIEJ STRONY BIURKA, czyli kalanie gniazda vel bicie w pierś
Pracujące koleżanki SZKOLĄ SIĘ ( jak jeszcze skuteczniej przeciwdziałać agresji i samemu pokonać ŚWIERZBA RĘCZNEGO, czyli natychmiastową chęć dania w łeb okolicznej ludności, która miała nieszczęście znaleźć się w zasięgu rąk. GRONO szkoli się cały czas i w związku z tym coraz trudniej o PEREŁKI, które za czasów mojej pączkującej kariery zawodowej były na porządku dziennym
-Na czele miasta stoi przewodniczący rady mia.....- zagajała na lekcji POKAZOWEJ pani NASTURCJA.
-STA!-gromkim krzykiem odpowiadała młodzież, szalenie ciesząc się z własnego wkładu w DOUCZANIE STUDENTÓW siedzących cichutko za plecami i notujących sprawozdanie z przebiegu lekcji.
Klasa III (obecnie już pewnie żonaci i dzieciaci)-temat zajęć: JAKIE KORZYŚCI MAMY Z TELEWIZJI, KINA I TEATRU.
- Po co jest telewizja?-zadaje pytanie PROWADZĄCA
-ŻEBY MARNOWAĆ CZAS NA NIEWOLNICĘ ISAURĘ-scenicznym szeptem informuje mnie siedząca obok M.Parskam, ale w moim pojęciu baaaaardzo dyskretnie.
-No, proszę, nie wiecie?- dziwi się PROWADZĄCA.
NIE WIEDZĄ, ale siedzą cichutko wpatrzone w panią jak w obrazek święty.
Pani traci cierpliwość.
-Po to, bo na przykład LUDZIE ZE WSI NIE JEŻDŻĄ DO TEATRU-BO SIĘ BOJĄ! A TAK TO MOGĄ SOBIE POOGLĄDAĆ TEATR W TELEWIZJI!- oświeca NIEOŚWIECONYCH a mnie ślina wypada nosem i muszą mnie wyprowadzić.
Wracam po chwili- kornie przepraszając, aby razem z dziećmi układać zdanie z rozsypanki wyrazowej:
TELEWIZJA ZASTĘPUJE NAM KINO I TEATR (przez pięć minut szukałam zaginionego słowa NIE pod krzesłem i dopiero przytomna M. uświadomiła mi,że forma gramatyczna pozostałych wyrazów wyklucza istnienie owegoż.)
Komentarz OPIEKUNA STAŻU-Czasem trzeba zobaczyć jak NIE NALEŻY prowadzić zajęć ( ale w czym DZIECI ZAWINIŁY?)
I butem we własną pierś!
Prowadzę zajęcia dla oceniającej mnie WŁADZY ZWIERZCHNIEJ. Dwoję się i troję. Pomocy dydaktycznych pracowicie wyrysowanych kredkami- JAK GWIAZD NA NIEBIE, karty pracy powielone za pomocą kalki ołówkowej ( kto wtedy słyszał o ksero)-jednym słowem PEŁEN SUKCES I EKSTAZA PEDAGOGICZNA!
-Czy są jakieś pytania?-rzucam lekko w stronę jak mi się wydaje ROZENTUZJAZMOWANEGO TŁUMU, zapomniawszy dodać ,że W ZWIĄZKU Z LEKCJĄ!
Rączkę podnosi MAŁOMÓWNY.
ŁASKAWIE, NA FALI SUKCESU UDZIELAM GŁOSU.
-KIEDY BĘDZIE PRZERWA, BO NUUUUUUUDNA TA LEKCJA -i na poparcie swoich słów obrazowo zieeeeeeewa.
Przed NATYCHMIASTOWYM ZEJŚCIEM uratował mnie dzwonek.
Od tego czasu minęło już wiele lat ( MAŁOMÓWNY mam nadzieję , pomimo zanudzania go w podstawówce skończył jakieś studia) a ja ciągle uczę się od moich wychowanków POKORY.
A,że o czasach dawnych -torbiszcza inspirowane przeszłością:
WIEK XIX- TORBA ŻEBRACZA
Inspirujące "niewiadomoco" z Jarmarku starociTorba z przeszłości z widokiem na przyszłość (o ile dożyję wieku emerytalnego)
LATA DWUDZIESTE
czyli impreza z prohibicją w tle ( użycie poszewki poduszki maskuje przenoszoną kontrabandę)
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE XX W
czyli ostra jazda na szydełku bez ograniczeń i GUZIK komu do tego:)
-Na czele miasta stoi przewodniczący rady mia.....- zagajała na lekcji POKAZOWEJ pani NASTURCJA.
-STA!-gromkim krzykiem odpowiadała młodzież, szalenie ciesząc się z własnego wkładu w DOUCZANIE STUDENTÓW siedzących cichutko za plecami i notujących sprawozdanie z przebiegu lekcji.
Klasa III (obecnie już pewnie żonaci i dzieciaci)-temat zajęć: JAKIE KORZYŚCI MAMY Z TELEWIZJI, KINA I TEATRU.
- Po co jest telewizja?-zadaje pytanie PROWADZĄCA
-ŻEBY MARNOWAĆ CZAS NA NIEWOLNICĘ ISAURĘ-scenicznym szeptem informuje mnie siedząca obok M.Parskam, ale w moim pojęciu baaaaardzo dyskretnie.
-No, proszę, nie wiecie?- dziwi się PROWADZĄCA.
NIE WIEDZĄ, ale siedzą cichutko wpatrzone w panią jak w obrazek święty.
Pani traci cierpliwość.
-Po to, bo na przykład LUDZIE ZE WSI NIE JEŻDŻĄ DO TEATRU-BO SIĘ BOJĄ! A TAK TO MOGĄ SOBIE POOGLĄDAĆ TEATR W TELEWIZJI!- oświeca NIEOŚWIECONYCH a mnie ślina wypada nosem i muszą mnie wyprowadzić.
Wracam po chwili- kornie przepraszając, aby razem z dziećmi układać zdanie z rozsypanki wyrazowej:
TELEWIZJA ZASTĘPUJE NAM KINO I TEATR (przez pięć minut szukałam zaginionego słowa NIE pod krzesłem i dopiero przytomna M. uświadomiła mi,że forma gramatyczna pozostałych wyrazów wyklucza istnienie owegoż.)
Komentarz OPIEKUNA STAŻU-Czasem trzeba zobaczyć jak NIE NALEŻY prowadzić zajęć ( ale w czym DZIECI ZAWINIŁY?)
I butem we własną pierś!
Prowadzę zajęcia dla oceniającej mnie WŁADZY ZWIERZCHNIEJ. Dwoję się i troję. Pomocy dydaktycznych pracowicie wyrysowanych kredkami- JAK GWIAZD NA NIEBIE, karty pracy powielone za pomocą kalki ołówkowej ( kto wtedy słyszał o ksero)-jednym słowem PEŁEN SUKCES I EKSTAZA PEDAGOGICZNA!
-Czy są jakieś pytania?-rzucam lekko w stronę jak mi się wydaje ROZENTUZJAZMOWANEGO TŁUMU, zapomniawszy dodać ,że W ZWIĄZKU Z LEKCJĄ!
Rączkę podnosi MAŁOMÓWNY.
ŁASKAWIE, NA FALI SUKCESU UDZIELAM GŁOSU.
-KIEDY BĘDZIE PRZERWA, BO NUUUUUUUDNA TA LEKCJA -i na poparcie swoich słów obrazowo zieeeeeeewa.
Przed NATYCHMIASTOWYM ZEJŚCIEM uratował mnie dzwonek.
Od tego czasu minęło już wiele lat ( MAŁOMÓWNY mam nadzieję , pomimo zanudzania go w podstawówce skończył jakieś studia) a ja ciągle uczę się od moich wychowanków POKORY.
A,że o czasach dawnych -torbiszcza inspirowane przeszłością:
WIEK XIX- TORBA ŻEBRACZA
Inspirujące "niewiadomoco" z Jarmarku starociTorba z przeszłości z widokiem na przyszłość (o ile dożyję wieku emerytalnego)
LATA DWUDZIESTE
czyli impreza z prohibicją w tle ( użycie poszewki poduszki maskuje przenoszoną kontrabandę)
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE XX W
czyli ostra jazda na szydełku bez ograniczeń i GUZIK komu do tego:)
środa, 3 listopada 2010
STRASZENIE KULTURĄ, czyli Halloween we własnym domu
Strachów polskich ciąg dalszy. Tym razem o aspektach kulturalnych mojego żywota. TATUSIOWA BABCIA straszyła realnymi Cyganami, natomiast MAMUSINA już od najmłodszych lat zaznajamiała mnie z czarem słowa mówionego i poezją śpiewaną.
Hitem nr 1, była opowieść O KSIĘŻNICZCE, CO ZJADAŁA LUDZI (spała w trumnie w kościele i w nocy ruszała,żeby uskuteczniać PROCEDER), która niestety nie kończyła się happy endem, bo GŁÓWNEGO BOHATERA też zjadła.
Hit nr 2 -niewinnie zapowiadająca się baśń O KASI, która mamy nie słuchała i poszła koło młyna, w którym rezydował sam DIABEŁ. Diabeł ją złapał-dalszy ciąg tylko dla osób o mocnych nerwach i PIĘCIOLATKI(czyli mnie)- starł jej plecy na tarce ( dotąd , gdy trę marchewkę, Kasia jako żywa staje mi przed oczami), głowę uciął i wystawił w oknie, gdzie przechodzący ludzie ( w tym jej własna niczego nie podejrzewająca matka) podziwiali jej szeroki uśmiech i dopiero, gdy jeden z odważniejszych dotknął UŚMIECHNIĘTEJ- głowa się potoczyła i.... co dalej nie pamiętam bo zazwyczaj w połowie opowieści strach odbierał mi zmysły
-Znowu mama opowiada te swoje horrory?-zainteresował się nastoletni wówczas wujek i dopiero on uświadomił mi ,że to NIEPRAWDA.
Była jeszcze poezja śpiewana- O Podolance ,co wianka dać nie chciała i król ją za to ściął, o siostrze, co otruła brata swego, o odprowadzaniu kochaneczki do domu i zabijaniu jej w drodze...z perspektywy czasu zupełnie inaczej odbieram powiedzenie "Co cię nie zabije, to cię wzmocni"
Mrożące krew w żyłach opowieści zostały w mej pamięci tak dokładnie wyryte,że kilka lat później mogłam dzięki nim gwiazdorzyć na podwórku, wśród dzieci, które oprócz Misia z Okienka nie miały kontaktu z PRAWDZIWYMI OPOWIEŚCIAMI.
NAJSTRASZNIEJSZY STRACH- tym razem kinowy przeżyłyśmy z M. wiele lat później, gdy jako nieświadome licealistki poszłyśmy do kina na kultowy film "OBCY, czyli 8 pasażer Nostromo". Na sali oprócz nas było tylko dwóch odważnych żołnierzy na przepustce, rozsiadłyśmy się,żeby dobrze widzieć i już w połowie filmu co chwilę naradzałyśmy się szeptem, CZY ZOSTAJEMY?!!!, szczególnie wtedy, gdy ŻOŁNIERZE OPUŚCILI SALĘ!.WYTRWAŁYŚMY!- pamiętam,że to był deszczowy dzień, bo rączkę parasola miałam ZGRYZIONĄ JAK OŁÓWEK.
A ostatnio? W całkiem dorosłym życiu zakochałam się w STEPHENIE KINGU (bez wzajemności niestety) i stałam się pośmiewiskiem we własnym domu, gdzie PIŁY i Teksańską masakrę ogląda się jak dobranockę a ja czytając CUJO- uchylałam kolejne kartki,żeby PODEJRZEĆ, co będzie dalej, bo bałam się czytać.
Jako antidotum wstawiam tu ZESTAW ANIELSKICH OCIEPLACZY
i idę zmierzyć się z prawdziwym horrorem-KUCHNIĄ, W KTÓREJ NIE MA ZMYWARKI!
Hitem nr 1, była opowieść O KSIĘŻNICZCE, CO ZJADAŁA LUDZI (spała w trumnie w kościele i w nocy ruszała,żeby uskuteczniać PROCEDER), która niestety nie kończyła się happy endem, bo GŁÓWNEGO BOHATERA też zjadła.
Hit nr 2 -niewinnie zapowiadająca się baśń O KASI, która mamy nie słuchała i poszła koło młyna, w którym rezydował sam DIABEŁ. Diabeł ją złapał-dalszy ciąg tylko dla osób o mocnych nerwach i PIĘCIOLATKI(czyli mnie)- starł jej plecy na tarce ( dotąd , gdy trę marchewkę, Kasia jako żywa staje mi przed oczami), głowę uciął i wystawił w oknie, gdzie przechodzący ludzie ( w tym jej własna niczego nie podejrzewająca matka) podziwiali jej szeroki uśmiech i dopiero, gdy jeden z odważniejszych dotknął UŚMIECHNIĘTEJ- głowa się potoczyła i.... co dalej nie pamiętam bo zazwyczaj w połowie opowieści strach odbierał mi zmysły
-Znowu mama opowiada te swoje horrory?-zainteresował się nastoletni wówczas wujek i dopiero on uświadomił mi ,że to NIEPRAWDA.
Była jeszcze poezja śpiewana- O Podolance ,co wianka dać nie chciała i król ją za to ściął, o siostrze, co otruła brata swego, o odprowadzaniu kochaneczki do domu i zabijaniu jej w drodze...z perspektywy czasu zupełnie inaczej odbieram powiedzenie "Co cię nie zabije, to cię wzmocni"
Mrożące krew w żyłach opowieści zostały w mej pamięci tak dokładnie wyryte,że kilka lat później mogłam dzięki nim gwiazdorzyć na podwórku, wśród dzieci, które oprócz Misia z Okienka nie miały kontaktu z PRAWDZIWYMI OPOWIEŚCIAMI.
NAJSTRASZNIEJSZY STRACH- tym razem kinowy przeżyłyśmy z M. wiele lat później, gdy jako nieświadome licealistki poszłyśmy do kina na kultowy film "OBCY, czyli 8 pasażer Nostromo". Na sali oprócz nas było tylko dwóch odważnych żołnierzy na przepustce, rozsiadłyśmy się,żeby dobrze widzieć i już w połowie filmu co chwilę naradzałyśmy się szeptem, CZY ZOSTAJEMY?!!!, szczególnie wtedy, gdy ŻOŁNIERZE OPUŚCILI SALĘ!.WYTRWAŁYŚMY!- pamiętam,że to był deszczowy dzień, bo rączkę parasola miałam ZGRYZIONĄ JAK OŁÓWEK.
A ostatnio? W całkiem dorosłym życiu zakochałam się w STEPHENIE KINGU (bez wzajemności niestety) i stałam się pośmiewiskiem we własnym domu, gdzie PIŁY i Teksańską masakrę ogląda się jak dobranockę a ja czytając CUJO- uchylałam kolejne kartki,żeby PODEJRZEĆ, co będzie dalej, bo bałam się czytać.
Jako antidotum wstawiam tu ZESTAW ANIELSKICH OCIEPLACZY
i idę zmierzyć się z prawdziwym horrorem-KUCHNIĄ, W KTÓREJ NIE MA ZMYWARKI!
niedziela, 31 października 2010
CZEGO SIĘ BOISZ GŁUPIA, czyli straszki na Laszki
Jako Laszce z dziada pradziada ( z urodzenia i zamieszkania) święto HALLOWEEN jest mi kulturowo obce ( chociaż dekoracje dyniowe lubię pasjami)i dlatego nie o strzygach, upiorach i żartobliwym klepaniu Śmierci po kosie, ale o własnych bardzo zadomowionych upiorach dzieciństwa, młodości i obecnej drugiej młodości uczynię wyznanie.
Kolejność nie jest przypadkowa- raczej chronologiczna, bo od zarania mojego istnienia zapoznawałam się z ciemną stroną mocy
co uwiecznił na swoich zdjęciach niezawodny Tatuś.
U TATUSIOWEJ BABCI spotkał mnie strach PIERWSZY I WIECZNY-CYGANIE! Jako dziecko byłam , choć trudno w to uwierzyć- niejadkiem, więc BABCIA wymyśliła genialny w swej prostocie, bo nie wymagający żadnych dodatkowych w postaci kija lub marchewki środków perswazji sposób:
-Jedz, bo przyjdą CYGANIE i cię zabiorą
Załatwiła DWIE SPRAWY
-JADŁAM (i zostało mi to do dziś)
-Rodzice poczynili znaczne oszczędności w czasie naszych PIERWSZYCH RODZINNYCH WCZASÓW , ponieważ kategorycznie odmawiałam ZWIEDZANIA KIOSKU Z PAMIĄTKAMI ( widzę go w pamięci jak dziś i nadal lada jest dużo wyżej niż sięgał mój 4 letni wzrok). Nieświadomi histerycznego lęku przed rezydującymi wokół ROMAMI, kładli to na karb RODZĄCEGO SIĘ ROZSĄDKU (i dziwić się teraz,żem zakupoholiczka?-rekompensata MUSI BYĆ)
PANICZNY STRACH ciągnął się za mną aż do pierwszych lat podstawówki, kiedy to na wieść,że "chodzą Cyganie" uciekałam na sąsiednie osiedle ( zamiast głupia zamknąć się w domu- wyobrażałam sobie chyba,że przenikną przez drzwi) ryzykując:
-rozjechanie przez samochód
-podejrzenia o wałęsanie się bez celu (dawniej nikt się jakoś nie wałęsał, bo nie było CENTRÓW HANDLOWYCH)
Z w/w strachu wyleczyła mnie dopiero skutecznie CZARNA WOŁGA (miejski mit o porywaczach jeżdżących tymże samochodem i porywających dzieci, którzy jak twierdziła DOBRZE POINFORMOWANA JOLA-biorą z DZIECKÓW krew i polewają niom potem pomnik Hitlera- wierzyłam w to święcie, jak i we wszystko, co mówiła JOLA)
RODZICE mogli odtąd porzucić wszelkie niepokoje związanie z wałęsaniem się, bo siedziałam w domu i przy domu jak zaklęta i nawet decyzję o wyjściu do biblioteki podejmowałam po głębokim zastanowieniu.
A miałam DUŻO PRZEMYŚLEŃ, jako że JOLA uświadomiła mi fakt,że JEŚLI KTOŚ NIE MIAŁ NAKLEJONYCH PLASTERKÓW NA PIERSIACH, GDY BYŁ W PRZEDSZKOLU- TO ZNACZY,ŻE BYŁ ADOPTOWANY!
ONA MIAŁA-JA NIE!
Z myślą,że byłam adoptowana ( o naklejone plasterki pytałam rodziców- zgodnie potwierdzili,że ŻADNYCH plasterków nie miałam) borykałam się ładnych parę lat dopóki nie dowiedziałam się,że to była SZCZEPIONKA.( jaka ?teraz już nie pamiętam- może na GŁUPOTĘ, bo JOLA była zawsze TĄ MĄDRZEJSZĄ)
O strachach związanych z ODBIOREM DÓBR KULTURALNYCH napiszę w kolejnym poście a żeby zakończyć obrazkiem
POTWORNE KIESZONKI-może się ktoś wystraszy?:)
Kolejność nie jest przypadkowa- raczej chronologiczna, bo od zarania mojego istnienia zapoznawałam się z ciemną stroną mocy
co uwiecznił na swoich zdjęciach niezawodny Tatuś.
U TATUSIOWEJ BABCI spotkał mnie strach PIERWSZY I WIECZNY-CYGANIE! Jako dziecko byłam , choć trudno w to uwierzyć- niejadkiem, więc BABCIA wymyśliła genialny w swej prostocie, bo nie wymagający żadnych dodatkowych w postaci kija lub marchewki środków perswazji sposób:
-Jedz, bo przyjdą CYGANIE i cię zabiorą
Załatwiła DWIE SPRAWY
-JADŁAM (i zostało mi to do dziś)
-Rodzice poczynili znaczne oszczędności w czasie naszych PIERWSZYCH RODZINNYCH WCZASÓW , ponieważ kategorycznie odmawiałam ZWIEDZANIA KIOSKU Z PAMIĄTKAMI ( widzę go w pamięci jak dziś i nadal lada jest dużo wyżej niż sięgał mój 4 letni wzrok). Nieświadomi histerycznego lęku przed rezydującymi wokół ROMAMI, kładli to na karb RODZĄCEGO SIĘ ROZSĄDKU (i dziwić się teraz,żem zakupoholiczka?-rekompensata MUSI BYĆ)
PANICZNY STRACH ciągnął się za mną aż do pierwszych lat podstawówki, kiedy to na wieść,że "chodzą Cyganie" uciekałam na sąsiednie osiedle ( zamiast głupia zamknąć się w domu- wyobrażałam sobie chyba,że przenikną przez drzwi) ryzykując:
-rozjechanie przez samochód
-podejrzenia o wałęsanie się bez celu (dawniej nikt się jakoś nie wałęsał, bo nie było CENTRÓW HANDLOWYCH)
Z w/w strachu wyleczyła mnie dopiero skutecznie CZARNA WOŁGA (miejski mit o porywaczach jeżdżących tymże samochodem i porywających dzieci, którzy jak twierdziła DOBRZE POINFORMOWANA JOLA-biorą z DZIECKÓW krew i polewają niom potem pomnik Hitlera- wierzyłam w to święcie, jak i we wszystko, co mówiła JOLA)
RODZICE mogli odtąd porzucić wszelkie niepokoje związanie z wałęsaniem się, bo siedziałam w domu i przy domu jak zaklęta i nawet decyzję o wyjściu do biblioteki podejmowałam po głębokim zastanowieniu.
A miałam DUŻO PRZEMYŚLEŃ, jako że JOLA uświadomiła mi fakt,że JEŚLI KTOŚ NIE MIAŁ NAKLEJONYCH PLASTERKÓW NA PIERSIACH, GDY BYŁ W PRZEDSZKOLU- TO ZNACZY,ŻE BYŁ ADOPTOWANY!
ONA MIAŁA-JA NIE!
Z myślą,że byłam adoptowana ( o naklejone plasterki pytałam rodziców- zgodnie potwierdzili,że ŻADNYCH plasterków nie miałam) borykałam się ładnych parę lat dopóki nie dowiedziałam się,że to była SZCZEPIONKA.( jaka ?teraz już nie pamiętam- może na GŁUPOTĘ, bo JOLA była zawsze TĄ MĄDRZEJSZĄ)
O strachach związanych z ODBIOREM DÓBR KULTURALNYCH napiszę w kolejnym poście a żeby zakończyć obrazkiem
POTWORNE KIESZONKI-może się ktoś wystraszy?:)
piątek, 29 października 2010
PO losowaniu
Po niezbyt hucznych ale za to mam nadzieję udanych imieninach SZANOWNY MAŁŻONEK usidoluksowaną rączką ( w ramach imieninowych atrakcji zafundowałam mu memento mori, czyli sprzątanie grobów), która dopiero po wielokrotnym myciu straciła niepowtarzalny błysk(swoją drogą po co wydawać krocie na lakier do paznokci) wylosował karteczkę z napisem MIRA-(candy wyślę po zaduszkach).Niestety ktoś CHWILOWO zarąbał aparat, więc nie obfociłam ZAJŚCIA.
-Nawet odcisków palców W RAZIE CZEGO nie będzie- ucieszył się SOLENIZANT nie wiadomo z czego pokazując swoje rzeczywiście gładziutkie od wewnątrz i zewnątrz dłonie.Możesz wrzucić stare zdjęcie,żeby było widać CO SIĘ PIŁO-poradził, gdy marudziłam,że bez zdjęć.
Zamieszczam więc STARE (2 DNI)zdjęcie
ZAWIANE CHOINKI Z WINEM W ŚRODKU ( TA PIĘKNIEJSZA I BARDZIEJ PRZYSTROJONA TO OCZYWIŚCIE SOLENIZANT)
- i teraz wychodzimy wspólnie na AKLKOMATY- skoro STARE PIJAŃSTWO ma DWA DNI, ale muszę rozczarować zainteresowanych ( albo zachęcić, bo ZOSTAŁO) -pijaństo= lampeczka do posiłku a ORGANIZATORKA
pozostaje przy herbatce, bo polip strunowy z każdym łykiem nawet ulubionego białego winka ryczy, jak bohaterka drugoplanowa"Nocy i dni"
-PALI MIE!!!!
BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA TAK ŻYCZLIWE I PEŁNE CIEPŁA KOMENTARZE, KTÓRE CZYTAM WIELOKROTNIE, bo dają mi energetycznego kopa do działania:)
-Nawet odcisków palców W RAZIE CZEGO nie będzie- ucieszył się SOLENIZANT nie wiadomo z czego pokazując swoje rzeczywiście gładziutkie od wewnątrz i zewnątrz dłonie.Możesz wrzucić stare zdjęcie,żeby było widać CO SIĘ PIŁO-poradził, gdy marudziłam,że bez zdjęć.
Zamieszczam więc STARE (2 DNI)zdjęcie
ZAWIANE CHOINKI Z WINEM W ŚRODKU ( TA PIĘKNIEJSZA I BARDZIEJ PRZYSTROJONA TO OCZYWIŚCIE SOLENIZANT)
- i teraz wychodzimy wspólnie na AKLKOMATY- skoro STARE PIJAŃSTWO ma DWA DNI, ale muszę rozczarować zainteresowanych ( albo zachęcić, bo ZOSTAŁO) -pijaństo= lampeczka do posiłku a ORGANIZATORKA
pozostaje przy herbatce, bo polip strunowy z każdym łykiem nawet ulubionego białego winka ryczy, jak bohaterka drugoplanowa"Nocy i dni"
-PALI MIE!!!!
BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA TAK ŻYCZLIWE I PEŁNE CIEPŁA KOMENTARZE, KTÓRE CZYTAM WIELOKROTNIE, bo dają mi energetycznego kopa do działania:)
środa, 27 października 2010
SZUFLADOWE WYZWANIE I LEOŚ
Artystki z SZUFLADY ogłosiły wyzwanie pt. SMAKI DZIECIŃSTWA- dla mnie najlepszy smak miały nieodmiennie gwiazdkowe prezenty i dlatego uszyłam na nie DUŻE WORKI (może rodzina pojmie SUGESTIĘ?)
BAŁWANKA
NAZWAŁAM LEOŚ -NA CZEŚĆ,
ANIELINKA
TO MALWINKA- TEŻ KU PAMIĘCI:)
LEOŚ miał duże przejrzyste niebieskie oczy przesłonięte zazwyczaj nieprzejrzystymi mlecznymi (zapaćkanymi własnymi palcami) okularami i charakteryzował się tym,ze nawet "Dzień dobry " mówił z płaczem albo w najlepszym wypadku na wdechu.
-Jaki wrażliwy-rozczulał się dziadek, który co rano pokornie chyląc "poradlone czoło" wiązał po raz -nty sznurowadła, które wcale nie chciały pozostać w tym stanie, mając widocznie własne plany -z pozbawieniem uzębienia mlecznego WRAŻLIWEGO WNUKA włącznie.
Dziecię w tym czasie posłusznie wystawiało kończyny, czekając aż antenat SIĘ UPORA.
-To będzie ofiara męskiej szatni-prorokowali znający się na rzeczy BYWALCY ( w cywilu nauczyciele wf)
-Trzeba go socjalizować w tempie ekspres- zadecydował WYCHOWAWCA i usadził NIESZCZĘŚNIKA, (który jedynie długim spojrzeniem obwieścił tragizm swojej sytuacji ,ale kto by tam na jego spojrzenia zwracał uwagę) z ARNOLDEM, który nazwany "na cześć" -bardzo dobrze "wpasował się w pierwowzór".
O dziwo, pomysł się sprawdził. Panowie nawet nawiązali dość przyjacielskie stosunki i radość zapanowała w GRONIE,bo zaistniała realna możliwość że z obydwu BĘDĄ LUDZIE.
Do czasu.
Pewnego pięknego dnia ARNOLD z niewyraźną miną zjawił się przy biurku PANI
-Bo nie odrobiłem pracy domowej, bo mi LEON(i tu oskarżycielski palec skierował się prosto między oczy spanikowanego kolegi) NIE ODDAŁ ZESZYTU!
W tym momencie uwaga Pani przerzuciła się z pociągającego nosem TERMINATORA na LEOSIA, którego ciche łzy utworzyły już małe jeziorka między szkłami dociśniętych do policzków okularami a błękitem ócz.
-Bo ja ... ODDAŁEM!-zaczął mężnie
-NIE KŁAM!-zagrzmiał TERMINATOR ,ale LEOŚ tym razem nie dał się zbić z pantałyku
-ODDAŁEM- BYŁEM , ale....NIKOGO NIE BYŁO W DOMU!
-To JAK oddałeś?-zainteresowała się Pani
-POŁOŻYŁEM W KRZAKACH, ale pod JEGO klatką!
Przechodząca nad osiedlem nocna burza dokonała reszty.
Przypomniała mi się ta historia w związku z telefonem od nazwijmy ją MALWINY istoty dobrej i uczynnej, która zobowiązała się podzielić ze mną sadzonkami różnego działkowego zielska.
Pierwsze podejście- KTOŚ w POKOJU NAUCZYCIELSKIM ZARĄBAŁ lubczyk ( śledztwo nic nie dało, a niech tam winowajcy miłość kwitnie). Po paru dniach telefon ( 21.30)
-Przyniosłam ci te roślinki-cichy głosik MALWINY przebił się przez eter
-Gdzie?- zapytałam rozpoczynając jednocześnie poszukiwania butów
-Ukryłam je za murkiem, ale pod NASZĄ szkołą, bo była zamknięta.....
W KAŻDYM Z NAS TKWI JAKAŚ CZĄSTKA DZIECKA!
PS.Burzy nie było, złodziej też się nie trafił i roślinki bezpiecznie zmieniły miejsce zamieszkania.
BAŁWANKA
NAZWAŁAM LEOŚ -NA CZEŚĆ,
ANIELINKA
TO MALWINKA- TEŻ KU PAMIĘCI:)
LEOŚ miał duże przejrzyste niebieskie oczy przesłonięte zazwyczaj nieprzejrzystymi mlecznymi (zapaćkanymi własnymi palcami) okularami i charakteryzował się tym,ze nawet "Dzień dobry " mówił z płaczem albo w najlepszym wypadku na wdechu.
-Jaki wrażliwy-rozczulał się dziadek, który co rano pokornie chyląc "poradlone czoło" wiązał po raz -nty sznurowadła, które wcale nie chciały pozostać w tym stanie, mając widocznie własne plany -z pozbawieniem uzębienia mlecznego WRAŻLIWEGO WNUKA włącznie.
Dziecię w tym czasie posłusznie wystawiało kończyny, czekając aż antenat SIĘ UPORA.
-To będzie ofiara męskiej szatni-prorokowali znający się na rzeczy BYWALCY ( w cywilu nauczyciele wf)
-Trzeba go socjalizować w tempie ekspres- zadecydował WYCHOWAWCA i usadził NIESZCZĘŚNIKA, (który jedynie długim spojrzeniem obwieścił tragizm swojej sytuacji ,ale kto by tam na jego spojrzenia zwracał uwagę) z ARNOLDEM, który nazwany "na cześć" -bardzo dobrze "wpasował się w pierwowzór".
O dziwo, pomysł się sprawdził. Panowie nawet nawiązali dość przyjacielskie stosunki i radość zapanowała w GRONIE,bo zaistniała realna możliwość że z obydwu BĘDĄ LUDZIE.
Do czasu.
Pewnego pięknego dnia ARNOLD z niewyraźną miną zjawił się przy biurku PANI
-Bo nie odrobiłem pracy domowej, bo mi LEON(i tu oskarżycielski palec skierował się prosto między oczy spanikowanego kolegi) NIE ODDAŁ ZESZYTU!
W tym momencie uwaga Pani przerzuciła się z pociągającego nosem TERMINATORA na LEOSIA, którego ciche łzy utworzyły już małe jeziorka między szkłami dociśniętych do policzków okularami a błękitem ócz.
-Bo ja ... ODDAŁEM!-zaczął mężnie
-NIE KŁAM!-zagrzmiał TERMINATOR ,ale LEOŚ tym razem nie dał się zbić z pantałyku
-ODDAŁEM- BYŁEM , ale....NIKOGO NIE BYŁO W DOMU!
-To JAK oddałeś?-zainteresowała się Pani
-POŁOŻYŁEM W KRZAKACH, ale pod JEGO klatką!
Przechodząca nad osiedlem nocna burza dokonała reszty.
Przypomniała mi się ta historia w związku z telefonem od nazwijmy ją MALWINY istoty dobrej i uczynnej, która zobowiązała się podzielić ze mną sadzonkami różnego działkowego zielska.
Pierwsze podejście- KTOŚ w POKOJU NAUCZYCIELSKIM ZARĄBAŁ lubczyk ( śledztwo nic nie dało, a niech tam winowajcy miłość kwitnie). Po paru dniach telefon ( 21.30)
-Przyniosłam ci te roślinki-cichy głosik MALWINY przebił się przez eter
-Gdzie?- zapytałam rozpoczynając jednocześnie poszukiwania butów
-Ukryłam je za murkiem, ale pod NASZĄ szkołą, bo była zamknięta.....
W KAŻDYM Z NAS TKWI JAKAŚ CZĄSTKA DZIECKA!
PS.Burzy nie było, złodziej też się nie trafił i roślinki bezpiecznie zmieniły miejsce zamieszkania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




