środa, 3 listopada 2010

STRASZENIE KULTURĄ, czyli Halloween we własnym domu

Strachów polskich ciąg dalszy. Tym razem o aspektach kulturalnych mojego żywota. TATUSIOWA BABCIA straszyła realnymi Cyganami, natomiast MAMUSINA już od najmłodszych lat zaznajamiała mnie z czarem słowa mówionego i poezją śpiewaną.
Hitem nr 1, była opowieść O KSIĘŻNICZCE, CO ZJADAŁA LUDZI (spała w trumnie w kościele i w nocy ruszała,żeby uskuteczniać PROCEDER), która niestety nie kończyła się happy endem, bo GŁÓWNEGO BOHATERA też zjadła.
Hit nr 2 -niewinnie zapowiadająca się baśń O KASI, która mamy nie słuchała i poszła koło młyna, w którym rezydował sam DIABEŁ. Diabeł ją złapał-dalszy ciąg tylko dla osób o mocnych nerwach i PIĘCIOLATKI(czyli mnie)- starł jej plecy na tarce ( dotąd , gdy trę marchewkę, Kasia jako żywa staje mi przed oczami), głowę uciął i wystawił w oknie, gdzie przechodzący ludzie ( w tym jej własna niczego nie podejrzewająca matka) podziwiali jej szeroki uśmiech i dopiero, gdy jeden z odważniejszych dotknął UŚMIECHNIĘTEJ- głowa się potoczyła i.... co dalej nie pamiętam bo zazwyczaj w połowie opowieści strach odbierał mi zmysły
-Znowu mama opowiada te swoje horrory?-zainteresował się nastoletni wówczas wujek i dopiero on uświadomił mi ,że to NIEPRAWDA.
Była jeszcze poezja śpiewana- O Podolance ,co wianka dać nie chciała i król ją za to ściął, o siostrze, co otruła brata swego, o odprowadzaniu kochaneczki do domu i zabijaniu jej w drodze...z perspektywy czasu zupełnie inaczej odbieram powiedzenie "Co cię nie zabije, to cię wzmocni"
Mrożące krew w żyłach opowieści zostały w mej pamięci tak dokładnie wyryte,że kilka lat później mogłam dzięki nim gwiazdorzyć na podwórku, wśród dzieci, które oprócz Misia z Okienka nie miały kontaktu z PRAWDZIWYMI OPOWIEŚCIAMI.
NAJSTRASZNIEJSZY STRACH- tym razem kinowy przeżyłyśmy z M. wiele lat później, gdy jako nieświadome licealistki poszłyśmy do kina na kultowy film "OBCY, czyli 8 pasażer Nostromo". Na sali oprócz nas było tylko dwóch odważnych żołnierzy na przepustce, rozsiadłyśmy się,żeby dobrze widzieć i już w połowie filmu co chwilę naradzałyśmy się szeptem, CZY ZOSTAJEMY?!!!, szczególnie wtedy, gdy ŻOŁNIERZE OPUŚCILI SALĘ!.WYTRWAŁYŚMY!- pamiętam,że to był deszczowy dzień, bo rączkę parasola miałam ZGRYZIONĄ JAK OŁÓWEK.
A ostatnio? W całkiem dorosłym życiu zakochałam się w STEPHENIE KINGU (bez wzajemności niestety) i stałam się pośmiewiskiem we własnym domu, gdzie PIŁY i Teksańską masakrę ogląda się jak dobranockę a ja czytając CUJO- uchylałam kolejne kartki,żeby PODEJRZEĆ, co będzie dalej, bo bałam się czytać.
Jako antidotum wstawiam tu ZESTAW ANIELSKICH OCIEPLACZY

i idę zmierzyć się z prawdziwym horrorem-KUCHNIĄ, W KTÓREJ NIE MA ZMYWARKI!

niedziela, 31 października 2010

CZEGO SIĘ BOISZ GŁUPIA, czyli straszki na Laszki

Jako Laszce z dziada pradziada ( z urodzenia i zamieszkania) święto HALLOWEEN jest mi kulturowo obce ( chociaż dekoracje dyniowe lubię pasjami)i  dlatego nie o strzygach, upiorach i żartobliwym klepaniu Śmierci po kosie, ale o własnych bardzo zadomowionych upiorach dzieciństwa, młodości i obecnej drugiej młodości uczynię wyznanie.
Kolejność nie jest  przypadkowa- raczej chronologiczna, bo od zarania mojego istnienia zapoznawałam się z ciemną stroną mocy
co uwiecznił na swoich zdjęciach niezawodny Tatuś.
U TATUSIOWEJ BABCI spotkał mnie strach PIERWSZY I WIECZNY-CYGANIE! Jako dziecko byłam , choć trudno w to uwierzyć- niejadkiem, więc BABCIA wymyśliła genialny w swej prostocie, bo nie wymagający żadnych dodatkowych w postaci kija lub marchewki środków perswazji sposób:
-Jedz, bo przyjdą CYGANIE i cię zabiorą
Załatwiła DWIE SPRAWY
-JADŁAM (i zostało mi to do dziś)
-Rodzice poczynili znaczne oszczędności w czasie naszych PIERWSZYCH RODZINNYCH WCZASÓW , ponieważ kategorycznie odmawiałam ZWIEDZANIA KIOSKU Z PAMIĄTKAMI ( widzę go w pamięci jak dziś i nadal lada jest dużo wyżej niż sięgał mój 4 letni wzrok). Nieświadomi histerycznego lęku przed rezydującymi wokół ROMAMI, kładli to na karb RODZĄCEGO SIĘ ROZSĄDKU (i dziwić się teraz,żem zakupoholiczka?-rekompensata MUSI BYĆ)
PANICZNY STRACH ciągnął się za mną aż do pierwszych lat podstawówki, kiedy to na wieść,że "chodzą Cyganie" uciekałam na sąsiednie osiedle ( zamiast głupia zamknąć się w domu- wyobrażałam sobie chyba,że przenikną przez drzwi) ryzykując:
-rozjechanie przez samochód
-podejrzenia o wałęsanie się bez celu (dawniej nikt się jakoś nie wałęsał, bo nie było CENTRÓW HANDLOWYCH)
Z w/w strachu wyleczyła mnie dopiero skutecznie CZARNA WOŁGA (miejski mit o porywaczach jeżdżących tymże samochodem i porywających dzieci, którzy jak twierdziła DOBRZE POINFORMOWANA JOLA-biorą z DZIECKÓW krew i polewają niom potem pomnik Hitlera- wierzyłam w to święcie, jak i we wszystko, co mówiła JOLA)
RODZICE mogli odtąd porzucić wszelkie niepokoje związanie z wałęsaniem się, bo siedziałam w domu i przy domu jak zaklęta i nawet decyzję o wyjściu do biblioteki podejmowałam po głębokim zastanowieniu.
A miałam DUŻO PRZEMYŚLEŃ, jako że JOLA uświadomiła mi fakt,że JEŚLI KTOŚ NIE MIAŁ NAKLEJONYCH PLASTERKÓW NA PIERSIACH, GDY BYŁ W PRZEDSZKOLU- TO ZNACZY,ŻE BYŁ ADOPTOWANY!
ONA MIAŁA-JA NIE!
Z myślą,że byłam adoptowana ( o naklejone plasterki pytałam rodziców- zgodnie potwierdzili,że ŻADNYCH  plasterków nie miałam) borykałam się ładnych parę lat dopóki nie dowiedziałam się,że to była SZCZEPIONKA.( jaka ?teraz już nie pamiętam- może na GŁUPOTĘ, bo JOLA była zawsze TĄ MĄDRZEJSZĄ)
O strachach związanych z ODBIOREM DÓBR KULTURALNYCH napiszę w kolejnym poście a żeby zakończyć obrazkiem

POTWORNE KIESZONKI-może się ktoś wystraszy?:)

piątek, 29 października 2010

PO losowaniu

Po niezbyt hucznych ale za to mam nadzieję udanych imieninach SZANOWNY MAŁŻONEK usidoluksowaną rączką ( w ramach imieninowych atrakcji zafundowałam mu memento mori, czyli sprzątanie grobów), która dopiero po wielokrotnym myciu straciła niepowtarzalny błysk(swoją drogą po co wydawać krocie na lakier do paznokci) wylosował karteczkę z napisem MIRA-(candy wyślę po zaduszkach).Niestety ktoś CHWILOWO zarąbał  aparat, więc nie obfociłam ZAJŚCIA.
-Nawet odcisków palców W RAZIE CZEGO nie będzie- ucieszył się SOLENIZANT nie wiadomo z czego pokazując swoje rzeczywiście gładziutkie od wewnątrz i zewnątrz dłonie.Możesz wrzucić stare zdjęcie,żeby było widać CO SIĘ PIŁO-poradził, gdy marudziłam,że bez zdjęć.
Zamieszczam więc STARE (2 DNI)zdjęcie
 ZAWIANE CHOINKI Z WINEM W ŚRODKU ( TA PIĘKNIEJSZA I BARDZIEJ PRZYSTROJONA TO OCZYWIŚCIE SOLENIZANT)


- i teraz wychodzimy wspólnie na AKLKOMATY- skoro STARE PIJAŃSTWO ma DWA DNI, ale muszę rozczarować zainteresowanych ( albo zachęcić, bo ZOSTAŁO) -pijaństo= lampeczka do posiłku a ORGANIZATORKA
pozostaje przy herbatce, bo polip strunowy z każdym łykiem nawet ulubionego białego winka ryczy, jak bohaterka drugoplanowa"Nocy i dni"
-PALI MIE!!!!
BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA TAK ŻYCZLIWE I PEŁNE CIEPŁA KOMENTARZE, KTÓRE CZYTAM WIELOKROTNIE, bo dają mi energetycznego kopa do działania:)

środa, 27 października 2010

SZUFLADOWE WYZWANIE I LEOŚ

 Artystki z SZUFLADY ogłosiły wyzwanie pt. SMAKI DZIECIŃSTWA- dla mnie najlepszy smak miały nieodmiennie gwiazdkowe prezenty i dlatego uszyłam na nie DUŻE WORKI (może rodzina pojmie SUGESTIĘ?)

BAŁWANKA

NAZWAŁAM LEOŚ -NA CZEŚĆ,
ANIELINKA

TO MALWINKA- TEŻ KU PAMIĘCI:)

LEOŚ miał duże przejrzyste niebieskie oczy przesłonięte zazwyczaj nieprzejrzystymi  mlecznymi (zapaćkanymi własnymi palcami) okularami i charakteryzował się tym,ze nawet "Dzień dobry " mówił z płaczem albo w najlepszym wypadku na wdechu.
-Jaki wrażliwy-rozczulał się dziadek, który co rano pokornie chyląc "poradlone czoło" wiązał po raz -nty  sznurowadła, które wcale nie chciały pozostać w tym stanie, mając widocznie własne plany -z pozbawieniem uzębienia mlecznego WRAŻLIWEGO WNUKA włącznie.
Dziecię  w tym czasie posłusznie wystawiało kończyny, czekając aż antenat SIĘ UPORA.
-To będzie ofiara męskiej szatni-prorokowali znający się na rzeczy BYWALCY ( w cywilu nauczyciele wf)
-Trzeba go socjalizować w tempie ekspres- zadecydował WYCHOWAWCA i usadził NIESZCZĘŚNIKA, (który jedynie długim spojrzeniem obwieścił tragizm swojej sytuacji ,ale kto by tam na jego spojrzenia zwracał uwagę) z ARNOLDEM, który nazwany "na cześć" -bardzo dobrze "wpasował się w pierwowzór".
O dziwo, pomysł się sprawdził. Panowie nawet nawiązali dość przyjacielskie stosunki i radość zapanowała w GRONIE,bo zaistniała realna możliwość że z obydwu BĘDĄ LUDZIE.
Do czasu.
Pewnego pięknego dnia ARNOLD z niewyraźną miną zjawił się przy biurku PANI
-Bo nie odrobiłem pracy domowej, bo mi LEON(i tu oskarżycielski palec skierował się prosto między oczy spanikowanego kolegi) NIE ODDAŁ ZESZYTU!
W tym momencie uwaga Pani przerzuciła się z pociągającego nosem TERMINATORA na LEOSIA, którego ciche łzy utworzyły już małe jeziorka między szkłami dociśniętych do policzków okularami a błękitem ócz.
-Bo ja ... ODDAŁEM!-zaczął mężnie
-NIE KŁAM!-zagrzmiał TERMINATOR ,ale LEOŚ tym razem nie dał się zbić z pantałyku
-ODDAŁEM- BYŁEM , ale....NIKOGO NIE BYŁO W DOMU!
-To JAK oddałeś?-zainteresowała się Pani
-POŁOŻYŁEM W KRZAKACH, ale pod JEGO klatką!
Przechodząca nad osiedlem nocna burza dokonała reszty.
Przypomniała mi się ta historia w związku z telefonem od nazwijmy ją MALWINY istoty dobrej i uczynnej, która zobowiązała się podzielić  ze mną sadzonkami różnego działkowego zielska.
Pierwsze podejście- KTOŚ w POKOJU NAUCZYCIELSKIM ZARĄBAŁ lubczyk ( śledztwo nic nie dało, a niech tam winowajcy miłość kwitnie). Po paru dniach telefon ( 21.30)

-Przyniosłam ci te roślinki-cichy głosik MALWINY przebił się przez eter
-Gdzie?- zapytałam rozpoczynając jednocześnie poszukiwania butów
-Ukryłam je za murkiem, ale pod NASZĄ szkołą, bo była zamknięta.....
W KAŻDYM Z NAS TKWI JAKAŚ CZĄSTKA DZIECKA!
PS.Burzy nie było, złodziej też się nie trafił i roślinki bezpiecznie zmieniły miejsce zamieszkania.

poniedziałek, 25 października 2010

KOMUNIKACJA ( niekoniecznie transport)

Student na dowód dozgonnej miłości synowskiej podarował MATCE POLCE wielkiej urody znaczek

i w zamian kategorycznie zażądał ROZSĄDNEGO SPONSORINGU.
-Na początek-bilet miesięczny, bo na akademik to was chyba nie stać- trafnie ocenił sytuację, a ja natychmiast przypomniałam sobie MŁODOŚĆ i szybciutko doszłam do wniosku,że nawet codzienna taksówka zrujnowałaby mniej domowy budżet niż BUJNE ŻYCIE STUDENCKIE i PRZYKLASNĘŁAM OCHOCZO POMYSŁOWI NADZIEI POLSKIEJ NAUKI .
-I tak ZA DŁUGO TO PEWNIE NIE POSTUDIUJĘ- rozwiał moje nadzieje co do własnej świetlanej przyszłości MŁODSZY- Wiesz ILE TO NAUKI? Już i tak siedzę po parę godzin dziennie NAWET W  WOLNE DNI i w dodatku NIKT MNIE DO TEGO NIE ZMUSZA-SAM CHCĘ!- Z rezygnacją i zwątpieniem pokiwał głową i oddalił się w spokoju kontemplować stan własnego umysłu.
-Jakoś dziecku trzeba pomóc-konsultowałam się z KOLEŻANKĄ-MAMĄ ZAAWANSOWANEJ STUDENTKI
-Na razie kupiłam mu bilet metropolitalny-a widząc PUSTY WZROK wyjaśniłam,że chodzi o bilet na całą metropolię PKP i autobus, tramwaj w jednym.
-Uffff,a ja myślałam,że BISKUP JAKIEŚ BILETY ROZDAJE I COŚ PRZEGAPIŁAM-ulżyło jej i wzrok znowu odzyskał dawną bystrość.
Kiedy już nam przeszła czkawka i otarłyśmy spłakane  OCZĘTA PANDY ( ten wie, kto używał tuszu,żeby rzęsy były XXL a potem ścierał ogrooooomne sińce spod Ócz) wspólnie ustaliłyśmy,że młodzieży należy udzielać wsparcia poprzez:
  • przykład własny, ale po analizie NASZYCH KARIER doszłyśmy do wniosku, że... NIEKONIECZNIE
  • podnoszenie się po porażkach- to akurat mamy CODZIENNIE
  • sponsoring na cele naukowe i nienaukowe ( aby podbudować wrażliwe EGO za pomocą dostępnych na rynku smakołyków z wykluczeniem dopalaczy i innych używek-KAWĘ DOPUSZCZAMY, bośmy same NAŁOGI))
Wprawdzie zgłosiłam ( jak poseł Rokita) wniosek w kwestii formalnej,że z uwagi na urlop moje środki nieco się spilśniły, ale KOLEŻANKA zbyła mnie machnięciem ręki i doradziła jako MÓJ MENAGO,żebym PO PROSTU sprzedała WIĘCEJ TOREB (albo PO PROSTU szyła ładniejsze) i starczy...
Wzięłam się do roboty. I DAŁAM DZIECKU PRZYKŁAD  WŁASNĄ POSTAWĄ I NIEZŁOMNOŚCIĄ! "Na tapecie" miałam (w zamyśle) cudnej urody kieszeniowiec.
Pierwszy o dumnej nazwie NIE UDAŁ SIĘ CHOLERA, ALE GDZIEŚ GO ZAWIESZĘ, vel SZKODA KURDE TYCH KORONEK ozdabia teraz mój kącik szwalniczy

Drugi( miał być bezbłędny)BEZBŁĘDNIE POKAZAŁ,ŻE POŚPIECH JEST DOBRY W ŁAPANIU PCHEŁ oraz to,że GDYBY SIĘ ZAKŁADAŁO OKULARY, ZAUWAŻYŁOBY SIĘ,ŻE KORONKA JEST PRZYŻÓŁCONA.(na samym froncie).Za karę ,że się nie udał zawisł w kuchni i opiekuje się ginącymi kabelkami i zapiśnikiem- BEZCENNYM

Gdy zaczęłam SZYĆ TRZECI- STUDENT wtrącił swoje trzy grosze
- Widzę,że się nie poddajesz- słusznie zauważył a ja nie przyznałam się,że przed chwilą przyszyłam sobie kieszenie do WŁASNYCH SPODNI i tylko temu,że kości sztywne i tak szybko się nie zrywam zawdzięczam ,że IDEAŁ NIE SIĘGNĄŁ BRUKU.
Trzeci-zlitował się nad nieudolną krawcową I WZIĄŁ SIĘ I UDAŁ

piątek, 22 października 2010

W domu na przepustce, czyli gdy CHŁOP wyjedzie

Można by NAWET pochodzić po domu w RAJSTOPACH! (wiesz KOLEŻANKO ,że ten cytat PROSTO OD CIEBIE?) ale dobra matka takiej traumy NIGDY nie zafunduje swojemu potomstwu ( szczególnie PŁCI MĘSKIEJ).Można by spać do oporu, chociaż prawdę mówiąc i tak nie wstaję bladym świtem -ŻYWICIEL ŻYWI SIĘ SAM.Ale jak tu spać, gdy trzeba głodnym studentom gotować o szóstej rano RYŻ. Gwoli wyjaśnienia- nie zaczęłam dorabiać, podnajmując salony Azjatom-RYŻ JEST POTRZEBNY NA MASĘ!
Żebym to ja wczesniej o tym wiedziała, nie tknęłabym badziewia ...Teraz- ZA PÓŹNO-MASA JUŻ JEST!
-Można ZAWSZE zrzucić-pocieszają DOBRE CHŁOPAKI
-NABRAĆ MASY I WYRZEŹBIĆ CIAŁO-TO SZTUKA-oświecają NEOFITKĘ
-Taki na przykład KALORYFER na brzuchu....
-Kaloryfer to JA MAM- NA BRZUCHU-ŻELIWNY( przynajmniej z kształtu i wagi) a ileeeee żebeeeerek.....
Po komentarzu "tłuszcz się nie liczy", stwierdzam autorytatywnie,że OBECNOŚĆ OJCA W RODZINIE czasami jest konieczna, ale SKRUSZENI WINOWAJCY przekupują mnie herbatą z cytrynką i kawałkiem czekolady ( no i przez KOGO mam ten kaloryfer?!).
Studenci wygonieni do nauki, bo przecież KTOŚ MUSI W TYM KRAJU PRACOWAĆ NA MOJĄ EMERYTURĘ! a ja w perspektywie mam wolny dzień i w dodatku NIKT po przyjściu Z ROBOTY nie zada wkurzającego, za to sakramentalnego pytania:
-TO CO TY TU WŁAŚCIWIE CAŁY DZIEŃ ROBIŁAŚ?
W ramach wolności .... oczywiście szyję
i dziergam i udaję,ze PAN I WŁADCA ZARAZ WRACA-żeby się domowe maszyny NIE ZORIENTOWAŁY,że NADSZEDŁ TEN DZIEŃ!- zawsze gdy PAN w delegacji, wszystko się psuje na potęgę.
Urządzenia mają jednak szósty zmysł. Dzisiaj okazało się na przykład,że w momencie, gdy blenderem robię z pomidorówki DZIABAJĘ ( czyli zupę krem)-Każde uruchomienie "żyrafy" wywołuje KAWOPLUCIE ekspresu-WYŁĄCZONEGO!!!
Nawiedzony dom, czy cóś?-myślę sobie i od razu wykombinowałam, że w ramach NAWIEDZENIA mogłaby przyjść do mnie KOLEŻANKA, ale wykręciła się ,bo COŚ JĄ BIERZE ( też nawiedzona?), chociaż proponowałam udział W AKCJI ZNICZ, czyli ARONIÓWKA Z LAMPIONA
BARDZO PRAKTYCZNE  ZDROWOTNE LAMPIONY Z IKEA- KAŻDY GOŚĆ MA INNY-MONONUKLEOZA WYKLUCZONA
NO TO PRZEPADŁO!-WŁADCA WRACA JUTRO- NIE ZDĄŻYMY SIĘ STOCZYĆ!:)

środa, 20 października 2010

JESIEŃ POZNAĆ PO ZAKWASACH

Nie chodzi tu oczywiście o kiszenie jakichkolwiek płodów natury , czy skiszony humor spowodowany brakiem słońca, ale o realne cierpienie niesprawnych i niewygimnastykowanych kończyn BOHATERKI zmuszonych do intensywnej pracy właśnie jesienią.
Korzystając z ostatnich, jak się okazało słonecznych dni ,urządziliśmy w przytulisku ZAMKNIĘCIE SEZONU.Jeszcze nie ostateczne, bo woda w instalacji ciągle płynie a syfony dopływowe nie zasypane solą, ale przymiarki już były.
Jesienią ZA KAŻDYM RAZEM organizujemy sobie całkowicie wewnętrzny i prywatny konkurs pt.CZY ZDĄŻYMY NAGRZAĆ?.Wprawdzie TEORIA PALACZA brzmi:
-Jak nie zdążymy , to otworzymy flaszkę i też się zagrzejemy- i nawet nie musi tego popierać wymownym uniesieniem brwi-JUŻ LECĘ DO STODOŁY PO DREWNO!
PIERWSZY PRZYSIAD-drzwiczki do stodoły
DRUGI I KOLEJNE- napełnianie koszy drewnem
PO URAZIE CZASZKI (zapomniałam ,że drzwiczki od stodoły CIĄGLE SĄ MNIEJSZE ode mnie) BIEG(właściwie CWAŁ PRZEPLATANKĄ)- na ile pozwalają plączące się pod nogami kończyny obarczone koszykami( ręce już wkrótce poddam filcowaniu,żeby je skrócić).
Nie narzekam,bo w końcu awansowałam na MŁODSZEGO POMOCNIKA STARSZEGO PALACZA.
W tym samym czasie STARSZY PALACZ klnąc na czym świat stoi,próbuje rozpalić w kuchennym piecu i po raz kolejny tłumaczy:
-Wiem,że miałem ZACZĄĆ od pieca w pokoju, ale myślałem,że TYM RAZEM SIĘ UDA.
UDAŁO SIĘ!..... zrobić tyle dymu w izbie,że BOHATERKA chcąc przeżyć, musi DYGAĆ W KUCKI dostarczając opału-DYM MALOWNICZO SNUJE SIĘ OD POZIOMU OK 1,30M w górę.Sufitu nie widać, ale KTO BY W TAKIEJ CHWILI CHCIAŁ OGLĄDAĆ SUFIT?
-To ja wyjdę NA ZEWNĄTRZ-odmeldowuję się ,w odzewie słysząc niewyraźne burknięcie- coś między "spadaj" a " wiesz co masz robić".
Oczywiście ,że WIEM.



W MALOWNICZYCH OKOLICZNOŚCIACH PRZYRODY organizuję sobie PRYWATNE KONKLAWE, wypatrując dymu z komina. PO OBWRZESZCZENIU-"jest, jest!"- jestem w zasadzie wolna, ale trzeba jeszcze -zanim  się wywietrzy, kilkakrotnie przejść w kucki i nanieść odpowiedni zapas drewna , po to,żeby usłyszeć za parę godzin  z ust TEGO CO NA TEMPERATURACH ODPOWIEDNICH DO ŻYCIA ZNA SIĘ NAJLEPIEJ
-TU SIĘ MOŻNA USMAŻYĆ!
Kontrolne spojrzenie na termometr uspokaja mnie, że zagrożenie jest na razie LEDWIE WYCZUWALNE, bo przy +16 jeszcze nikt nigdy się nie usmażył.Dokładam więc beztrosko do pieca CAŁY CZAS -PAMIĘTAJĄC- DZIĘKI KOMU MAMY ZAPAS DREWNA (niestety siekiera jest mi obca-A SZKODA, szczególnie  W NIEKTÓRYCH MOMENTACH!) a wolnych chwilach CIESZĘ SIĘ JESIENIĄ!:)

i organizuję JESIENNY POKAZ "DIZAJNU"- ku uciesze okolicznych wiewiórek