sobota, 9 czerwca 2012

JESTEM W STREFIE KIBICA, czyli ratuj się kto może

Było cicho i spokojnie. Bez pachniał jak trzeba
PRACOWITY chylił pokłony
i brał się ostro do roboty, czego wynikiem był malowniczy WYRÓB KAMIENIARSKI
i bolące plecy, a KIEROWNICZKA mogła w tym czasie oddać się PRACY KONCEPCYJNEJ
 i wystawienniczo dekoracyjnej

  • w ulubionej szafeczce



na wybiegu talerz z pchlego targu i filiżanki od blogowej koleżanki


  • na kanapie- w roli głównej narzuta Dorma i kotki-łapki-za całe 17 zł razem-bogactwo!
  • w kuchni- kuchenne rewolucje- BO PUSZKA BYŁA ŁADNA!
A KURKA PRAWIE ZA DARMO!
PRACOWNIK  wieczorem po robocie zaległ jak ćma:

WYKOŃCZONY NA PLACKA! i
 I TAK MIAŁO BYĆ!!!!
Ale nic nie trwa wiecznie. Niecnie i podstępnie zostałam wciągnięta w STREFĘ KIBICA!
NIEWAŻNE,że w ogródku chwasty
Naschylałam się jak głupia, bo wiem,że FOKSIOWA zajrzy i skrytykuje- TOM POPLEWIŁA!
a kwiatki zaczynają POPISY:





WAŻNE JEST TYLKO TAM, TAM -TATA, TAM! I GOOOOOOL!!!!
Dostosowałam się. Z dostępnych środków
przygotowałam POSIŁEK W BARWACH NARODOWYCH.
którym NA SZCZĘŚCIE wzgardzono , bo nie pasował do piwa i mogłam, go zjeść sama ,w dodatku bez wyrzutów sumienia, bo zdrowy!
Kuchnię miałam całą dla siebie, bo w pokoju SIĘ DZIAŁO!
-A co będzie jak przyjdzie burza i wyłączą prąd?- zapytałam zapobiegawczo, bo na pytanie o brak zasięgu dekodera już wcześniej uzyskałam odpowiedź- PRZYWIĄŻĘ CIĘ DO KOMINA I BĘDZIESZ TRZYMAĆ ANTENĘ!, więc wolałam wiedzieć WCZEŚNIEJ, aby ZA WIDOKA ewakuować się do sąsiadów.
-LAMPY NAFTOWE PRZECIEŻ MAMY-człowiek śledzący doniesienia prasowe dotyczące NAJWAŻNIEJSZYCH WYDARZEŃ od wybuchu supernowej, nie raczył nawet podnieść wzroku.
-TO DOBRZE, ŻE W KUCHNI MAMY STARĄ LIBRĘ- to lampowy telewizor, nie?-postanowiłam iść na całość, bo wiedziałam,że kapciem i tak nie trafi-bo NOTORYCZNIE GUBI KAPCIE.
-............-przerażony wzrok powędrował w okno i uspokojony wrócił do właściciela  z informacją BURZY NA HORYZONCIE NIE WIDAĆ.
-TY TO SIĘ LEPIEJ ZAJMIJ SWOIMI SPRAWAMI I NIE WCHODŹ W CZASIE MECZU DO POKOJU, BO PRZYNOSISZ GLINĘ!- dostałam propozycję nie do odrzucenia, więc aby nie zapeszać, zaległam w hamaczku z kawką i Werandą C. przed oczami a potem na twarzy.
-GOOOOOOOOL!-dobrze,że sen miałam lekki a hamaczek zadyndolił tylko trochę, bo z radości całowałabym polską ziemię, która TAKICH PIŁKARZY NOSI!
-PODZIELAM RADOŚĆ-ostrożnie odezwałam się z hamaczka. I NIEPOTRZEBNIE!!!!bo przypomniano sobie o moim istnieniu i zaproszono do kibicowania!
Opierałam się jak mogłam ale KIBIC musiał dzielić swą sportową wiedzę i komentarze  Z KIMKOLWIEK. Przypominanie,że pech , glina- nic nie dało, bo NASI grali dobrze. Ledwie jednak zasiadłam w towarzystwie z komputerem na kolanach i uspokajającym"patrzę patrzę, i słucham, słucham" już jakiś szybki Grek ZROBIŁ NASZYM KUKU!
I ZNÓW BYŁO NA MNIE!!!!!
Dobrze się składa,że najbliższe dwa tygodnie spędzę z dala od telewizora ( jadę   Z CUDZYMI na zieloną szkołę a MOICH zostawiam odłogiem)- DAJĘ NASZYM SZANSĘ!!!!!
P.S. Torby wiejskie bo na wsi się było:)









piątek, 25 maja 2012

WIELKI DZIEŃ, czyli nie miała baba kłopotu...

-to wpadła na pomysł,żeby zorganizować DZIEŃ RODZINY, czyli babci, dziadka, mamy taty, siostry, brata -zusammen do kupy i szlus!Zespół przyjął pomysł z wielkim entuzjazmem- wierszyki rozdano, piosenki wybrano i zaczęło się codzienne żmudne PRÓBOWANIE.
-Ja to nawet te próby lubie- ucyć się nie ceba- szczerość TAJFUNA, który miał tylko dwie linijki do wygłoszenia ( a i tak w DNIU ZERO powiedział,że "CHYBA NIE PSYJDZIE, BO GO TREMA ZJADŁA"-zasugerowałam,że JEŚLI nie przyjdzie TO JA NA DRUGI DZIEŃ ZJEM GO OSOBIŚCIE - BEZ POPITKI.Przyszedł i dopiero potem okazało się,że nie wiedział CO TO TA POPITKA i  braku owej najbardziej się zląkł) była porażająca, ale co gorsza wyraźnie widać było,że klasowe pokolenie X FACTOR wyraźnie preferuje wyraz artystyczny nad  naukową wiedzą. Mówi się trudno i oby do występu.
Dekoracje przygotowano.
TU W WERSJI NAŚCIENNEJ
KAŻDY ARTYSTA-nawet ten, który twierdził,że NIE UMIE- narysował wybranego członka rodziny,żeby potem zapewnić rozrywkę sobie i innym, gdy MAMA nie rozpozna swojego promiennego uśmiechu
a SIOSTRA sokolego spojrzenia
UDAŁO SIĘ!!!Trudno zresztą było nie zgadnąć, skoro szesnaście par oczu wpatrywało się w DELIKWENTA z nadzieją,że zgadnie.
Chciałam WYPASU I FAJERWERKÓW -to miałam!
Zaczęło się od niewinnego oklejania bibułą słoików, które tak zdekupażowane, miały stać się okazami dizajnerskich WAZONÓW. GDYBYŻ TYLKO BIBUŁA TAK NIE BRUDZIŁA RĄK , ŁAWEK I PARAPETÓW!
Po godzinie odplamiania -prawie daliśmy radę. Oczywiście każdy OD RAZU chciał sprawdzić, jak wygląda WODA W WAZONIE-ale ostrzeżenie TEJ CO ZAWSZE PSUJE ZABAWĘ zatrzymało konie wyścigowe w boksach.
Przygotowaliśmy również słodki poczęstunek- własnoręcznie kupione ( biję się w piersi) babeczki ozdobione WYKAŁACZKĄ Z MOTYLKIEM- osobiście przez każdego wyciętym i przyklejonym ( chociaż NIE CHCIAŁ i lepił się do palców. ( fotek nie ma , bo babki  zostały zjedzone szybciej niż błyska flesz)
W obawie,że babeczki, które od łakomego wzroku już pewnie miały stracha, nie dotrwają do uroczystości- postanowiłam,że będą częścią składową- PREZENTU DLA MAMY-jako dodatek DLA TATY,bo pozwoliło mi to na bezpieczne zawinięcie obiektu sekretnych żądz w serwetkę, gdzie bezpiecznie dotrwała do chwili kaźni.
Prezent wykonaliśmy oczywiście samodzielnie. Zakupiono kilometry nici z prawdziwego srebra, przebrano tony guzików i wykrojono tysiące kółek-żeby wybrać TO UDANE i powstało ARCYDZIEŁO BIŻUTERYJNE, czyli NASZYJNIK
PRZEPRASZAM ZA JAKOŚĆ KOMÓRKOWYCH ZDJĘĆ, ale wzruszona dłoń nie mogła utrzymać aparatu.
Po odplątaniu zaplątanych, dokończeniu 16 naszyjników, co sprowadzało się nieraz do szycia OD NOWA i ODPRUCIU RUSAŁKI OD JEJ NASZYJNIKA ( tak się kończy szycie na kolanie) ORAZ ZAPAKOWANIU PRECJOZÓW w OZNAKOWANE SERWETKI (nie szkodzi,że napis często, jak się okazało później -BYŁ WEWNĄTRZ!) przyszła pora na NAJLEPSZE- WYPAD DO OGRODU SZKOLNEGO NA BUKIETY!
Dobrze,że to była ostatnia lekcja w tym dniu, bo musiałabym chyba jako DZIECIOBÓJCZYNI występować po południu sam na scenie aż do mojego szybkiego i nędznego końca.
Zebranie kwiatów to jeszcze nic! Dopiero w klasie MŁODZI FLORYŚCI dali czadu!
Ledwo podniosłam jeden przewracający się wazon już struga z drugiego gwałtowną falą domagała się mojej uwagi.
Wejście anglistki powitałam z ulgą na krawędzi ZEJŚCIA OSTATECZNEGO.Zdążyłam tylko poustawiać wazony na parapecie ( ślady z mokrej bibuły są do dziś) i zapowiedzieć,że poobcinam rączki jesli ktoś je tknie.
- TO JAK UDEKORUJEMY STOŁY? (ustawione już WSPÓLNIE w podkowę, co kosztowało mnie NA PEWNO co najmniej miesiąc życia)-INDIANA JONES zadał niestety słuszne pytanie.
Odpowiedziałam BŁYSKIEM GENIUSZU(tak mi się wtedy wydawało):
-Gdy przyjdziecie Z RODZINAMI, to ustawicie WTEDY te kwiaty przed rodzicami- rzuciłam w locie i jak szybko wyleciałam , tak w pół drogi wróciłam, bo wizja PRZEPYCHAJĄCYCH SIĘ Z WAZONAMI i ZOSTAWIAJĄCYMI NIEZATARTY ŚLAD NA SZYKOWNYCH KREACJACH BIBUŁAMI-przywróciła mi zdrowy rozsądek- z geniuszu nie pozostało NIC.
-UWAGA! ZMIANA PLANÓW!-wpadłam jak burza z powotem do klasy- NIE TYLKO ANGLISTKA Z KREDĄ W RĘCE ZAMARŁA .
-JA pousatwiam wazony, a WY posadzicie przy nich rodzinę!
-ALE MOJA MAMA  NIE MOŻE SIEDZIEĆ OBOK JAKIEGOŚ NIEZNANEGO CHŁOPA!-oburzenie MARUDNEJ wybujało jak badyl na gnoju.
Trochę się zapowietrzyłam, ale  rwaniu włosów z głowy zapobiegła spokojna i wyważona jak zwykle ROSZPUNKA.
-TO TWOJA MAMA TEGO CHŁOPA OBCEGO POZNA!-PANI MÓWIŁA,ŻE TRZEBA SIĘ ZAPRZYJAŹNIAĆ!-wszyscy pokiwali głowami- MARUDĘ zatkało a jak wzniosłam modły dziękczynne za RODZICÓW ROSZPUNKI i ich pomysł , aby zapisać ją do mojej klasy.
Kilka godzi później WSZYSTKO BYŁO GOTOWE!

Rodziny pojawiły się nadzwyczaj tłumnie.
Zaczęliśmy formować szyk bojowy, czyli RZĄDEK I SZEREG  a inicjatywne mamusie zajęły się parzeniem kawy.
-PROSZĘ PANI MÓJ TATA WYLAŁ KAWĘ I NIE WIE CO ZROBIĆ?!-dobiegło mnie wołanie z tłumu- na szczęście interwencja okazała się zbędna-syn WIEDZIAŁ co robić!
-MA PANI JAKIŚ PLASTER?-SZEPT SCENICZY RUSAŁKI dotarł na pewno do najdalszych rzędów-BO MÓJ TATA WBIŁ SOBIE WYKAŁACZKĘ W RĘKĘ I LECI MU KRWIA!
I JA SIĘ DZIWIĘ DZIECIOM?!!!!Plastrów niestety brakło a o wodzie utlenionej ZRANIONY nie chciał słyszeć.
Piosenki zaśpiewano, wiersze wyrecytowano, zagadki portretowe odgadnięto, prezentacje multimedialne ( cykl zdjęć "jak robimy kanapki" oraz "czyje to rączki" i "wspomnienia z festynu"- niestety ochrona danych -a szkoda)obejrzano i prawie omdlony POMYSŁODAWCA IMPREZY (czasem plujący we własna brodę) czule pożegnawszy ZGROMADZONYCH, którym HARRY POTTER KONIECZNIE chciał zaprezentować skrzętnie ukrytą przez LITOŚCIWEGO WYCHOWAWCĘ-tabelę ocen z zachowania, gwoli wybielenia własnej rozbrykanej osoby-popełzł do domu, aby w celach ANTYTRAUMATYCZNYCH poszyć trochę marząc o wakacjach:
Ptaszka wyrywającego się z klatki na wolność
plażową pastelową
naiwnie romantyczną
w wersji miejskiej( gdyby jednak nie udało się nigdzie wyjechać)
marzenia o morzu
patykiem pisane
wiejskie klimaty- te akurat NA PEWNO do zrealizowania:)
TYM , KTÓRZY DZIELNIE DOTRWALI DO KOŃCA ORAZ POZOSTAŁYM - POLEGŁYM W BOJU Z TASIEMCOWYM POSTEM- UDANEGO WEEKENDU ŻYCZY ZATORBIONA SZWACZKA:)

środa, 16 maja 2012

CZŁOWIEK UCZY SIĘ CAŁE ŻYCIE, czyli w totalnym zadziwieniu

Trochę z poślizgiem, ale czas pędzi tak,że dopiero co klęczałam klnąc klejówkę , która z upodobaniem leżała na podłodze zamiast na ścianie, a tu myk dwa tygodnie i w piątek jedziemy znowu!Nie mogę się doczekać.
WIOSENNE NAUKI I EKSPERYMENTY

  • jaskier o dziwo przeżył suszę i przymrozki


  • Dopiero po przekopaniu grządek przypomniało nam się,że TU ROŚNIE MIĘTA!-Coś z niej jednak zostało


  • nawet deszcz i wiadra budowlane mogą człowieka ucieszyć ( szczególnie wtedy, gdy studnia straszy mulistym dnem)
  • WIDOKI SĄ PO TO,ŻEBY JE OGLĄDAĆ- a nie latać w poszukiwaniu łyka kawy z samego rana




MALARZ po skończeniu chlapania pedzlem gdzie popadnie ,zajął się tym , co lubi najbardziej- OBCHODZENIEM OBEJŚCIA
To się nazywa PRACA KONCEPCYJNA
a POŁOWICA, gdy tylko podniosła się z kolan- wzniosła się na wyżyny designerskie:

  • przykrywając stół ceratą
  • wywieszając ZBĘDNY ELEMENT exlampą będący- na chwilę na gwoździu przed drzwiami i zyskując nieoczekiwanie SŁONECZKO NA ŚCIANIE!

a musiałam się spieszyć, bo SĄSIEDZI zapowiedzieli się na WIZYTĘ POKONTROLNĄ(nie wiedziałam,że w zmniejszonym składzie). Przybyli pod wieczór  Z PRZYŻENIONĄ LATOROŚLĄ  zdziwioną,że łazienkę TEŻ mamy!
Rozmowa -jak to przy jedzeniu,dotyczyła spraw równie istotnych , czyli.... szamba.
Po omówieniu wszystkich aspektów ( głównie cenowo-przepisowych, bo nowy dom SĄSIADÓW był zupełnie nieskanalizowany) i zbiorowym ustaleniu lokalizacji OBIEKTU MARZEŃ, już mieliśmy przejść do planów wakacyjnych, gdy głos zabrała LATOROŚL:
-ALE WŁAŚCIWIE O CO CHODZI Z TYM SZAMBEM?PO CO WAM JEST POTRZEBNE, SKORO TYLE KOSZTUJE?
-A kąpać się lubisz?-odpowiedział pytaniem na pytanie TEŚĆ
-N-o....-padło potwierdzenie
-TO JAK CI SIĘ WYDAJE - GDZIE LECI WODA Z WANNY?-ton TEŚCIA nabrała barwy KATEGORYCZNEJ
-NO..... DO RUR-padła nieoczekiwana odpowiedź a ja zdałam sobie sprawę,że CZŁOWIEK ( tu miałam na myśli ZDZIWIONĄ SIEBIE) UCZY SIĘ CAŁE ŻYCIE!
I nie wiem, czy to wpływ konwersacji , czy efekt koszenia, kopania i innych okołodomowych prac, ale KIEROWNIK PODJĄŁ WIEKOPOMNĄ WAKACYJNĄ DECYZJĘ!

-W CZASIE WAKACJI BĘDZIEMY NIE TYLKO NA WSI ZAPINKALAĆ, ALE PRAWDZIWIE WYPOCZNIEMY!!!KIERUNEK KARPACZ!!!!!
Czy decyzja zapadła pod wpływem knujących opowieści POŁOWICY, która jesienią PŁAWIŁA SIĘ W KARPACZOWYCH LUKSUSACH  w towarzystwie KOLEŻANEK Z PLACÓWKI (chyba muszę to opisać), czy WŁASNYCH PRZEMYŚLEŃ-nie wiem, ale dostałam ZLECENIE:
-TY SIĘ TAM WYWIEDZ U BLOGEREK, GDZIE MOŻNA SIĘ ZATRZYMAĆ, bo Twoje sugestie,że w Gołębiewskim-SĄ GUPIE!
ZWRACAM SIĘ WIĘC Z WIOSENNYM APELEM-JEŚLI KTOŚ MA SPRAWDZONE NAMIARY NA NIEDROGI NOCLEG NIEKONIECZNIE W KARPACZU W OKOLICACH SIERPNIA-niech  rzuci adresem w komentarzu lub skrobnie do alsto@op.pl, ŻEBY MOGŁA SIĘ WYKAZAĆ:)
W REWANŻU RZUCAM NAMIARAMI NASZYCH BLOGOWYCH KOLEGÓW, którzy oprócz potyczek z własnym domem nomen omen w Kłopotnicy mają jeszcze zapał, aby organizować
WARSZTATY (szkoda,że nie w sierpniu, bo chyba bym poleciała)
A teraz CZAS DO ROBOTY, BO JUTRO SPOTKANIE Z RODZICAMI POŁĄCZONE Z DNIEM: MATKI, OJCA, BABCI DZIADKA-jednym słowem DZIEŃ RODZINY I STRACH SIĘ BAĆ!:)



piątek, 11 maja 2012

DLACZEGO KLEJÓWKA, czyli "śmy są masochisty"

To nie tak,że jesteśmy, eko, vintage czy inne cóś obco brzmiące słowa. Skanseny lubimy, ale wycieranie plecków o brudzącą ścianę to już mniej.Po prostu stan zastany w przytulisku to błękit bieliźniany z rzucikiem- przy próbie drapania- odpadał razem z trzcinowym tynkiem i dlatego postanowiliśmy nie zmieniać rodzaju TWORZYWA ARTYSTYCZNEGO, przed którym co jakiś czas PADAM NA KOLANA i myję i myję i myję.... a podłoga wciąż biała.
Konsultacje telefoniczne:
-Dodaj do wody pasty do podłogi- RODZICIELKA
-Dolej octu- KOLEŻANKA, KTÓRA SAMA NIE PRÓBOWAŁA,ALE ZNA KOGOŚ KTO PRÓBOWAŁ
Dolałam - białe na podłodze prawie się poddało.
-JEEEEZU , ALE TA FARBA ŚMIERDZI OCTEM-OSTATNI raz taką robiłem- oświadcza KONTROLER POSTĘPÓW SPRZĄTACZKI przybyły, aby ocenić SWOJE dzieło a ja w myślach przytakuję mając w perspektywie wydłubywanie kleju z sitka, które posłużyło  do przecierania glutów.

WRESZCIE KONIEC!
Okna umyte,
Ten patyk na górze to najnowszy nabytek wysępiony u operatora- ANTENA ZEWNĘTRZNA! a internet z żółwia zmienił się w żółwia na dopalaczach

 zasłony powieszone
święte obrazki nie muszą się wstydzić zaplecza
a GOSPODYNI PRAWIE TRUP może w spokoju odpoczywać, bo GOŚCIE nie doczekali i wyjechali
słoje z tesco też lubią wyglądać
słońce w odwiedzinach u kuzynki-lampki


garnek choć dziurawy z nadzieją czeka na nowy dizajn:)


a dzbanek od Agi z Oazy zajął zaszczytne miejsce na stole. Dzbanek dotarł w całości, choć POCZTA POLSKA twierdziła co innego, zamieszczając na opakowaniu paczki adnotację WYRÓB USZKODZONY NIEWŁAŚCIWE PAKOWANIE-WSKAZUJE NA POTŁUCZENIE-rzeczywiście paczka grzechotała aż miło ( ależ się musieli na poczcie nagrzechotać,żeby wysmarować taki elaborat)
PONIEWAŻ W PODRÓŻY DZBANEK ZNIÓSŁ JAJECZKO
JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ AGA!:)
Co w ogródku i przyległościach, czyli TORBIARNI może innym razem ( jeśli oczywiście to kogoś obchodzi) bo na razie ZNOWU MUSZĘ IŚĆ DO ROBOTY-jakieś deja vu czy coś?!

czwartek, 10 maja 2012

WSZYSTKO KWITNIE a mnie się nie chce

Najchętniej zagrzebałabym się w kącie i przeczekała do momentu aż mi się zachce ( nie tylko kwitnąć:), ale NIE DA SIĘ!
Pod wiązami czekała robota - MALOWANIE
Ponieważ ostatnimi artystami, którzy wenę twórczą uzewnętrznili  na naszych ścianach byli małoletni WŁAMYWACZE

Dobrze,że niecenzuralne wyrazy nie rzucają się tak bardzo w oczy- dotychczas wisiały na nich święte obrazki
należało rozpocząć od drapania-od czego ciary przechodzą człowieka na wskroś i po pięciu minutach ma dość!Od czego jednak MOTYWACJA- W TORBIE CZEKAŁY NOWE ( uszyte z podarowanego starego lnu) ZASŁONY!.
Drapałam a w tym czasie MALARZ AMATOR próbował zrobić  farbę klejową z zakupionych uprzednio podejrzanych składników. W dzisiejszych nowoczesnych czasach klejówki nie kupi się w żadnym markecie budowlanym ( może i dobrze zważywszy na ogrom sprzątania PO) MALARZ zakupił więc klej, jakies tam biele i barwnik-ŻÓŁTY jak jajeczko i ZACZĄŁ MIESZAĆ!
Już  po paru chwilach atmosfera zagęściła się i w powietrzu zaczęły latać "cytaty ze ścian", czyli słowa dalekie od cenzury
Zajrzałam- w czym rzecz
CZŁOWIEK RZADKO GOTUJĄCY BUDYŃ  na robił glutów i teraz pracowicie przecierał je przez sito- UDAŁO SIĘ!
Kolor w prawdzie po dodaniu do farby zmienił się  z żółtego na kawowy, ale wmówiłam MALARZOWI,że O TAKIM WŁASNIE MARZYŁAM ( to po co kupowałam żółty?)
ZACZĘŁO SIĘ CHLAPANIE!Nie zna życia, kto nie malował klejówką-najwięcej farby poszło na nas, ale pocieszaliśmy się,ze JEST ZMYWALNA!
-HELOU!!!!-rozległo się naraz na podwórku i rozpoznałam głos SĄSIADKI. MALARZ z drabiny dał sygnał przejeżdżając pędzlem po gardle- ZROZUMIAŁAM I poszłam witać SOLO.
-PRZYSZLISMY SPRAWDZIĆ POSTĘP PRAC-sąsiadkę trochę na mój widok cofnęło, bo nie przypuszczała,że malowanie ZACZNĘ OD SIEBIE.
-Dopiero zaczęliśmy-wyjasniłam i po omieceniu wzrokiem podwórka zajarzyłam,że SĄSIADKA PRZYPROWADZIŁA GOŚCI!!!
-WŁAŚNIE PRZYJECHALI DO NAS ZNAJOMI- DYREKTOR Z MĘŻEM, a ona nigdy u was nie była-zagaiła POMYSŁOWA
-Właśnie- NA PODWÓRKU BYŁAM, bośmy kiedyś przechodzili przez dziurę w płocie ale W ŚRODKU TO NIE! i eleganckim klapeczkiem zrobiła krok w stronę domu.
BYŁAM SZYBSZA.
-Zapraszam w takim razie PO malowaniu- przez rozłożone w powitalnym geście UMALOWANE ręce nie przedarł się nikt.
A BYŁO CZEGO BRONIĆ
TO SIĘ NAZYWA PEŁEN ROZGWIŹDZIAJ:)
cdn bo praca wzywa!