Przymiarki zaczęły się już od 17 czerwca- tak się bawiliśmy w Dniu Pustej Klasy
Wychowawca sam sobie zrobił "kuku", bo nieopatrzenie naopowiadał gawiedzi o człowieku ,który z butelek zbudował sobie wyspę i na niej wygodnie mieszkał.
- A może my zbudujemy?- padło pytanie i propozycja- TRATWĘ!
Po doświadczeniach z rozpalaniem ogniska, gdy młodzież za pomocą:
- lupy i starych gazet
-dwóch patyków pocieranych w zawrotnym tempie
-dwóch przypadkowo znalezionych kamieni i suchej trawy
próbowała skrzesać ogień i dopiero po ok. 30 minutach zdumiony wytrwałością wychowawca usłyszał wątpliwość:
-A pani to nam tak pozwala i nie boi się,że się podpalimy?
-Nie- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Z uwagi na brak zapałek w zasięgu łapek, byłam spokojna.
Efekt naukowy- JASKINIOWCY MIELI CIĘŻKO!
NIE OBAWIAŁAM SIĘ, tylko rzuciłam lekkomyślnie:
-Przynieście parę butelek i taśmę i róbcie!- mając w głowie obraz TYCH , CO WIECZNIE ZAPOMINAJĄ
Nazajutrz butelki zaczęły napływać WORAMI-ILE CI LUDZIE PIJĄ?!
Gdzieś w zakamarkach mojego pokręconego mózgu czaił się plan wodowania tratwy zbudowanej z dwóch butelek przy użyciu plastikowej miski i 5 litrów wody, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
-Planujemy chyba spływ Gangesem, bo jak na nasze polskie rzeki- jednostki pływające są za duże- obwieściłam na zebraniu rodziców, co zostało przyjęte z entuzjazmem i już widziałam w oczach niektórych plany na czas spędzony BEZ żeglarzy.
Niecny wychowawca pokrzyżował ich plany i dokonał zakupu AKWENU, w którym skutecznie spławiono kilka tratew a jedną rozmontowano, bo ku żalowi żeglarzy nie mieściła się w oceanie.
Słodkie głosiki dzieci ( zwane przez mniej odpornych jako "darcie ryja") zwabiły DYREKTORA PLACÓWKI(akcja musiała odbywać się pod jego oknem, bo tylko tam było ujęcie wody), ale uspokojony widokiem żywych i brakiem martwych ( z wyjątkiem słaniającego się NAUCZYCIELA) oddalił się do swoich spraw a w GRONIE Pedagogicznym powstało przekonanie,że wychowawca zasługuje na tytuł LANS ROKU i co gorsza nic tego nie zmieni. Dobrze,że następny DZIEŃ PUSTEJ KLASY dopiero za rok.
środa, 6 lipca 2016
piątek, 25 marca 2016
górska wycieczka po płaskim, czyli to co tygrysy lubią najbardziej
Tygrysy- to nie wiem, ale "nawalona smalcem " osiadającym od razu w dolnych rejonach , nazwijmy to KRĘGOSŁUPA-jak najbardziej tak! Na rozgrzewkę i zakąskę zatrzymaliśmy się przy niepozornie wyglądającej chatce, z której wydobywały się kłęby dymu. Najodważniejsze- jak zwykle nasze EMERYTKI- od razu zanurkowały w czeluści ( wyćwiczone w niechęci do kolejek)
i za chwilę wychynęły z oscypkami. Zanurkowałam i ja. kupowałam w ciemno i na wdechu i dobrze,że bez zastanowienia, bo warunki , w których przygotowywano te cuda przyprawiłyby, co wrażliwszych koneserów higienicznej żywności o lekki zawalik.
Najważniejsze,że smaczne było!
Góry okazały się PD, czyli piękne
i DOSTĘPNE!
ŚLUBNY dotąd nie wierzy,że sama doszłam do schroniska
ale nie wie,że po płaskim !
Same się nagrodziłyśmy za wyczyn. najpierw rejs
oczywiście nie jachtem, bo takiej wyporności nie ma ŻADEN, potem zabijanie smaku oscypka za pomocą środków ogólnie dostępnych
a na koniec eskapady umartwianie się ( bo upał nie odpuszczał) na biblijnym szlaku. Przy ciemnicy, niektórzy zalegli w cieniu na ławce udając śpiących strażników, my ( czyli FOKSIOWA, KOLEŻANKA I JA) poszłybyśmy o krok dalej i zaległybyśmy w grocie, ale powstrzymała nas niestety( nabyta w młodym wieku) umiejętność czytania , bo tabliczka z zakazem zbliżania się kłuła w oczy.( Dobrze,że w ORYGINALE takich nie było, bo o zmartwychwstaniu nikt by dotąd nie wiedział)
Po południu SPA- czyli basen malowany olejną, ale było nam wszystko jedno- byle się schłodzić i stracić nabyte kalorie.
KOLEŻANKA z zapałem pływała w tą i z powrotem, EMERYTKI ( SKĄD ONE BIORĄ TEN POWER?!) od razu zaczęły ćwiczyć aqua aerobic (odpadłam po 5 minutach i sugestii, żeby bardziej wyciągnąć nóżki - chcą mnie zastąpić w robocie, czy co?). Ja traciłam kalorie machając rękami i spacerując po dnie akwenu w dyskusji z anglistką.
Minęła mnie - TORPEDA- KOLEŻANKA. Od razu włączył jej się skaner.
-A ty co, pływasz i tak bez zadyszki gadasz?- podejrzliwie rzuciła sonarem i oszustwo wyszło na jaw.
Musiałam się wysilić, ale to dziwny basen był, bo gdy już zaczęłam pływać, okazało się,że moje pływanie ( szczególnie z deską i makaronem, polega na intensywnej pracy kończyn i... staniu w miejscu!
po godzinie KOLEŻANKA zarządziła odwrót.
-JA NIE WYJDĘ PO TEJ KOMUNISTYCZNEJ DRABINIE ŚMIERCI- poinformowała, wskazując na archaiczną drabinkę basenową-Będę musiała czekać ,aż spuszczą wodę!- dodała,ale perspektywa kolacji obu nam dodała wigoru i jakoś się wydrapałyśmy ( nie zostawiając śladów na olejnej lamperii). Nie wiedziałam,że tyłek waży aż tyle!(człowiek uczy się całe życie).
Po kolacji miała być dyskoteka ( EMERYTKI nie mogły się doczekać), ale didżej spalił wzmacniacz ( na naszych uszach!) i na szybkęsa zaproszono lokalnych didżejów ( średnia wieku 80 plus) z własnymi instrumentami, czyli lokalną KAPELE LUDOWĄ. Po trzech kawałkach ( potem grali je od nowa , znów i znów) poczułyśmy się na tyle raźno,że wzniośłysmy toast " zdrowie młodych!" i " gorzko, gorzko", co było adekwatne do muzy , ale upewniło muzyków,że uczestniczą w lesbijskim weselu ( chyba dlatego zafiksowali się na swoich trzech szlagierach). Potem zorganizowałyśmy Taniec z gwiazdami ( ciągle przy owych trzech utworach, ale muza znajoma- łatwo poszło). Dostałam rolę czarnej mamby i dałam radę, bo ramę trzymali wszyscy) Niestety brak kryształowej kuli załamał uczestników i finał nie odbył się.
Następnym razem trzeba się lepiej przygotować i poćwiczyć, bo wstyd przed EMERYTKAMI!
i za chwilę wychynęły z oscypkami. Zanurkowałam i ja. kupowałam w ciemno i na wdechu i dobrze,że bez zastanowienia, bo warunki , w których przygotowywano te cuda przyprawiłyby, co wrażliwszych koneserów higienicznej żywności o lekki zawalik.
Najważniejsze,że smaczne było!
Góry okazały się PD, czyli piękne
i DOSTĘPNE!
ŚLUBNY dotąd nie wierzy,że sama doszłam do schroniska
ale nie wie,że po płaskim !
Same się nagrodziłyśmy za wyczyn. najpierw rejs
oczywiście nie jachtem, bo takiej wyporności nie ma ŻADEN, potem zabijanie smaku oscypka za pomocą środków ogólnie dostępnych
a na koniec eskapady umartwianie się ( bo upał nie odpuszczał) na biblijnym szlaku. Przy ciemnicy, niektórzy zalegli w cieniu na ławce udając śpiących strażników, my ( czyli FOKSIOWA, KOLEŻANKA I JA) poszłybyśmy o krok dalej i zaległybyśmy w grocie, ale powstrzymała nas niestety( nabyta w młodym wieku) umiejętność czytania , bo tabliczka z zakazem zbliżania się kłuła w oczy.( Dobrze,że w ORYGINALE takich nie było, bo o zmartwychwstaniu nikt by dotąd nie wiedział)
Po południu SPA- czyli basen malowany olejną, ale było nam wszystko jedno- byle się schłodzić i stracić nabyte kalorie.
KOLEŻANKA z zapałem pływała w tą i z powrotem, EMERYTKI ( SKĄD ONE BIORĄ TEN POWER?!) od razu zaczęły ćwiczyć aqua aerobic (odpadłam po 5 minutach i sugestii, żeby bardziej wyciągnąć nóżki - chcą mnie zastąpić w robocie, czy co?). Ja traciłam kalorie machając rękami i spacerując po dnie akwenu w dyskusji z anglistką.
Minęła mnie - TORPEDA- KOLEŻANKA. Od razu włączył jej się skaner.
-A ty co, pływasz i tak bez zadyszki gadasz?- podejrzliwie rzuciła sonarem i oszustwo wyszło na jaw.
Musiałam się wysilić, ale to dziwny basen był, bo gdy już zaczęłam pływać, okazało się,że moje pływanie ( szczególnie z deską i makaronem, polega na intensywnej pracy kończyn i... staniu w miejscu!
po godzinie KOLEŻANKA zarządziła odwrót.
-JA NIE WYJDĘ PO TEJ KOMUNISTYCZNEJ DRABINIE ŚMIERCI- poinformowała, wskazując na archaiczną drabinkę basenową-Będę musiała czekać ,aż spuszczą wodę!- dodała,ale perspektywa kolacji obu nam dodała wigoru i jakoś się wydrapałyśmy ( nie zostawiając śladów na olejnej lamperii). Nie wiedziałam,że tyłek waży aż tyle!(człowiek uczy się całe życie).
Po kolacji miała być dyskoteka ( EMERYTKI nie mogły się doczekać), ale didżej spalił wzmacniacz ( na naszych uszach!) i na szybkęsa zaproszono lokalnych didżejów ( średnia wieku 80 plus) z własnymi instrumentami, czyli lokalną KAPELE LUDOWĄ. Po trzech kawałkach ( potem grali je od nowa , znów i znów) poczułyśmy się na tyle raźno,że wzniośłysmy toast " zdrowie młodych!" i " gorzko, gorzko", co było adekwatne do muzy , ale upewniło muzyków,że uczestniczą w lesbijskim weselu ( chyba dlatego zafiksowali się na swoich trzech szlagierach). Potem zorganizowałyśmy Taniec z gwiazdami ( ciągle przy owych trzech utworach, ale muza znajoma- łatwo poszło). Dostałam rolę czarnej mamby i dałam radę, bo ramę trzymali wszyscy) Niestety brak kryształowej kuli załamał uczestników i finał nie odbył się.
Następnym razem trzeba się lepiej przygotować i poćwiczyć, bo wstyd przed EMERYTKAMI!
niedziela, 21 lutego 2016
Nikt mi nie powie,że nie umiem się bawić i zgubne skutki tegoż
Po powrocie z zakurzonych dróg okołokamieniołomowych i przepłukaniu gardeł zdrowotna wodą nabraną z baaardzo zdrowotnego źródełka w pobliżu drogi ( opis przekonywał,że dobra na wszystko- smak,że chyba dla robotów, bo smakowała jak metal w płynie) w naszym LUKSUSOWYM obiekcie czekała na nas ATRAKCJA!- Grilowany Didżej, czyli gryl z didżejem w tle. Niestety nie chciał stanowić tła, tylko z uporem godnym lepszej sprawy, postanowił rozruszać ukamieniołomowane żeńskie grono (średnia wieku 50+, bo były z nami emerytki) i zapodawał znane i powszechnie lubiane szlagiery "prosto z disco pola" i zachęcał cały czas do wspólnej zabawy!
- Czy jest tu z nami jakaś Aleksandra?- rzucił w zmęczony hasaniem tłum , który akurat zasiadł do stołu w oczekiwaniu na kiełbachę.
Oczywiście była- SZTUK 1 we własnej osobie i została gremialnie zmuszona do baletów solo ( dobrze,że ciemno było) w rytm znanego szlagieru " Ale, ale...." wywołując przy każdym "seksibomba" radość wielką ( kto mnie zna ten wie) gawiedzi i zyskując uznanie didżeja, który po występie primabaleriny, ryzykując "look zabijający" ( ale nie widział, bo ciemno), podsumował występ:
- Widzę,że kształt i forma pasuje!- cokolwiek by to miało znaczyć.
Za długo pozostałam w oszołomieniu poowacyjnym i dlatego spóźniłam się na ulubione , bo spalone kiełbachy. Jako potencjalna seksibomba nie miałam w tym żeńskim gronie żadnych przywilejów.
Przepychając się do lady, zauważyłam samotną podpaloną kiełbaskę i usiłowałam gromkim głosem z końca głodnej kolejki w jakiś magiczny sposób ją sobie zarezerwować.
-Ta spalona dla mnie, nie ruszać mi jej!!!-oczywiście wzięła ją KOLEŻANKA!
-No,żesz w kurde mordę jeża , chyba w nocy uduszę ja poduszką, blisko mam ( na wyciągnięcie stopy)- pomyślałam chyba nie w porę, bo kiełbacha magicznym sposobem nagle poturlała się po podłodze a oparzona wrzącą herbatą KOLEŻANKA poszła się schładzać.
Nie o taką MOC mi chodziło.
Foksiowa JAK ZWYKLE ZACHOWAŁA BYSTROŚĆ UMYSŁU:
-Co byś sobie teraz zjadła?-zwróciła się do LOKALNEJ WIEDŹMY- Ty nam tylko powiedz, co chcesz i my ci przyniesiemy- dobiła mnie.
Po opatrzeniu oparzonej zaczęłyśmy kosztować pozostałych smakołyków , czyli różnistych różności zgromadzonych na szwedzkim stole. Szczególnie interesująco zapowiadał się kontakt z "szarymi kulami". bo jedni twierdzili,że to sałatka z kaszą, drudzy sałatka z jajkiem, trzeci- śledziowa bez śledzia.
Zjadłyśmy tę kulę ( wielkości sporej mandarynki) i zgodnie stwierdziłyśmy,że ta sałatka to nic szczególnego, bo jakaś mdła.
- O jak widzimy paniom nasz smalec bardzo smakuje- organizator był wniebowzięty- degustatorzy nieco mniej.
Nawalone smalcem w rytm dico polo poszłyśmy spać, bo nazajutrz czekała nas prawdziwa górska wycieczka
oraz pławienie się w luksusie jednostki pływającej
- Czy jest tu z nami jakaś Aleksandra?- rzucił w zmęczony hasaniem tłum , który akurat zasiadł do stołu w oczekiwaniu na kiełbachę.
Oczywiście była- SZTUK 1 we własnej osobie i została gremialnie zmuszona do baletów solo ( dobrze,że ciemno było) w rytm znanego szlagieru " Ale, ale...." wywołując przy każdym "seksibomba" radość wielką ( kto mnie zna ten wie) gawiedzi i zyskując uznanie didżeja, który po występie primabaleriny, ryzykując "look zabijający" ( ale nie widział, bo ciemno), podsumował występ:
- Widzę,że kształt i forma pasuje!- cokolwiek by to miało znaczyć.
Za długo pozostałam w oszołomieniu poowacyjnym i dlatego spóźniłam się na ulubione , bo spalone kiełbachy. Jako potencjalna seksibomba nie miałam w tym żeńskim gronie żadnych przywilejów.
Przepychając się do lady, zauważyłam samotną podpaloną kiełbaskę i usiłowałam gromkim głosem z końca głodnej kolejki w jakiś magiczny sposób ją sobie zarezerwować.
-Ta spalona dla mnie, nie ruszać mi jej!!!-oczywiście wzięła ją KOLEŻANKA!
-No,żesz w kurde mordę jeża , chyba w nocy uduszę ja poduszką, blisko mam ( na wyciągnięcie stopy)- pomyślałam chyba nie w porę, bo kiełbacha magicznym sposobem nagle poturlała się po podłodze a oparzona wrzącą herbatą KOLEŻANKA poszła się schładzać.
Nie o taką MOC mi chodziło.
Foksiowa JAK ZWYKLE ZACHOWAŁA BYSTROŚĆ UMYSŁU:
-Co byś sobie teraz zjadła?-zwróciła się do LOKALNEJ WIEDŹMY- Ty nam tylko powiedz, co chcesz i my ci przyniesiemy- dobiła mnie.
Po opatrzeniu oparzonej zaczęłyśmy kosztować pozostałych smakołyków , czyli różnistych różności zgromadzonych na szwedzkim stole. Szczególnie interesująco zapowiadał się kontakt z "szarymi kulami". bo jedni twierdzili,że to sałatka z kaszą, drudzy sałatka z jajkiem, trzeci- śledziowa bez śledzia.
Zjadłyśmy tę kulę ( wielkości sporej mandarynki) i zgodnie stwierdziłyśmy,że ta sałatka to nic szczególnego, bo jakaś mdła.
- O jak widzimy paniom nasz smalec bardzo smakuje- organizator był wniebowzięty- degustatorzy nieco mniej.
Nawalone smalcem w rytm dico polo poszłyśmy spać, bo nazajutrz czekała nas prawdziwa górska wycieczka
oraz pławienie się w luksusie jednostki pływającej
torba korzenna inspirowana wycieczką
piątek, 19 lutego 2016
mam za swoje, czyli znów się zapuściłam
To słowa foniatry , do której potruchtałyśmy z KOLEŻANKĄ niezwłocznie po rozpoczęciu ferii. Ja z początkiem zapalonej krtani, KOLEŻANKA z przeleżaną grypą- dawałyśmy w autobusie komunikacji miejskiej czadu naszym cherlaniem tak,że nie dziwię się,że jechałyśmy w luzie. Strach przed świńską grypą zrobił swoje. FOKSIOWA była dzień wcześniej i usłyszała na pocieszenie,że na rentę to ma już mocne podstawy.PLACÓWKA bez nas? Niemożliwe!Dobrze,że ferie, jakoś dojdziemy do siebie , ale z rozrywkowo wyjazdowych planów nici. Ja na razie symuluję DARTA VADERA bez hełmu- swoim donośnym oddechem ze świstem i gwizdem i wkurzam się, bo nie mogę nawet pogadać przez telefon. FOKSIOWA walczy z grypą i tylko rekonwalescentka KOLEŻANKA w przypływie optymizmu chciała się zapisać na kulig, ale zrugana przez własną matkę i zrażona brakiem śniegu ( pchanie sanek razem z końmi zdecydowanie przekracza siły rekonwalescentki) zalega po sąsiedzku i ogląda filmy.
Dziergać mogę, to dziergam
opakowanie na człowieka
Postanowiłam zrealizować mocne postanowienie poprawy , bo blog się zakurzył i chociaż tak naprawdę nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda- piszę a na pierwszy ogień pójdzie
Nasza bieszczadzka przygoda!
Stary dyrektor na odchodnym zafundował nam ( z tym,że same zapłaciłyśmy)- WYCIECZKĘ W NIEZNANE. Jedyne, czego zdołałyśmy się dowiedzieć- kierunek Bieszczady i będzie luksus i będzie SPA! Jako wielbicielki luksusu , na który nas nie stać. wpisałyśmy się na listę i przez całą ośmiogodzinną podróż ( bo korki- widać wszyscy łaknęli luksusu) już widziałyśmy się w luksusowych apartamentach, owinięte w puchate szlafroki, w drodze do SPA z atrakcjami wodnymi sauną i co tam jeszcze luksus dał. Miała być Cisna, ale nie dojechalim. Gdy skręciliśmy w zadzwiająco wąską ścieżkę,zaczęłam nabierać podejrzeń,że ten luksus, coś za bardzo ukryty i oddalony od cywilizacji, Podejrzenia wzbudziło również rozdanie przez organizatora cudownych upominków umilających podróż, w postaci podróżnych torebeczek ( w mojej od razu urwało się ucho), ale najlepsze było przed nami.
Luksusowy apartament dla naszej trójki składał się z dwóch pokoi
pokój luks, bo z telewizorem
przytulny pokój rodzinny
-Fajnie jest, mamy gniazdka, można się doładować- ucieszyłam się i cieszyłabym się dalej, gdyby nie to,że stopa ( rozmiar 39) zaklinowała mi się między łóżkami. Odległość była przewidziana na rozmiar chyba 35, więc posiedziałyśmy jak baletnice z nóżkami do jakiegoś szase,dopóki nie zabolały nas pięty a potem wezwane przez przewodnika w kowbojskim kapeluszu, ruszyłyśmy na podbój... pobliskiego kamieniołomu, który co prawda piękny
ale w 30 stopniowym upale nie zrobił na nas należytego wrażenia, bo dusza i ciało wołały:
SPA dajmy!!!!
cdn
Dziergać mogę, to dziergam
opakowanie na człowieka
i na słoiki.
Mamy niedługo kiermasz , będzie jak znalazł.Postanowiłam zrealizować mocne postanowienie poprawy , bo blog się zakurzył i chociaż tak naprawdę nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda- piszę a na pierwszy ogień pójdzie
Nasza bieszczadzka przygoda!
Stary dyrektor na odchodnym zafundował nam ( z tym,że same zapłaciłyśmy)- WYCIECZKĘ W NIEZNANE. Jedyne, czego zdołałyśmy się dowiedzieć- kierunek Bieszczady i będzie luksus i będzie SPA! Jako wielbicielki luksusu , na który nas nie stać. wpisałyśmy się na listę i przez całą ośmiogodzinną podróż ( bo korki- widać wszyscy łaknęli luksusu) już widziałyśmy się w luksusowych apartamentach, owinięte w puchate szlafroki, w drodze do SPA z atrakcjami wodnymi sauną i co tam jeszcze luksus dał. Miała być Cisna, ale nie dojechalim. Gdy skręciliśmy w zadzwiająco wąską ścieżkę,zaczęłam nabierać podejrzeń,że ten luksus, coś za bardzo ukryty i oddalony od cywilizacji, Podejrzenia wzbudziło również rozdanie przez organizatora cudownych upominków umilających podróż, w postaci podróżnych torebeczek ( w mojej od razu urwało się ucho), ale najlepsze było przed nami.
Luksusowy apartament dla naszej trójki składał się z dwóch pokoi
pokój luks, bo z telewizorem
przytulny pokój rodzinny
-Fajnie jest, mamy gniazdka, można się doładować- ucieszyłam się i cieszyłabym się dalej, gdyby nie to,że stopa ( rozmiar 39) zaklinowała mi się między łóżkami. Odległość była przewidziana na rozmiar chyba 35, więc posiedziałyśmy jak baletnice z nóżkami do jakiegoś szase,dopóki nie zabolały nas pięty a potem wezwane przez przewodnika w kowbojskim kapeluszu, ruszyłyśmy na podbój... pobliskiego kamieniołomu, który co prawda piękny
ale w 30 stopniowym upale nie zrobił na nas należytego wrażenia, bo dusza i ciało wołały:
SPA dajmy!!!!
cdn
środa, 30 grudnia 2015
Migiem, czyli starzeję się na potęgę
Czy tylko mnie czas zapiernicza w zabójczym tempie? Nie dają nic mocne postanowienia poprawy, blog zarasta chwastem i rdzewieje na potęgę, a święta lecą za świętami nie zważając na to ,że ja taka nieprzygotowana jestem. Na szczęście można liczyć na młodzież
rękodzieło ukochanej młodszego
i starszyznę plemienną ( w tej roli ŚLUBNY, który przytargał i oprawił wyjątkowo dużego w tym roku chojaka, mnie pozostawiając wielokrotne sosnowe iniekcje w czasie ubierania dwumetrowego bydlaka ,zwanego później najpiękniejszą choinką jaka mieliśmy. Spisałam się!
Jedyne , co usprawiedliwia zaległości, to pełne poświęcenia zaangażowanie w to, co niemożliwe do osiągnięcia- wyprowadzenie podopiecznych na ludzi ( w tym roku 30 godzin pracy z dzieckiem tygodniowo- kto próbował, ten wie!)
Staram się na różne sposoby:
- edukuję globalnie razem z KOLEŻANKĄ, czyli afrykańsko amerykański szał w PLACÓWCE
-prowadzę zespół o jakże wdzięcznej nazwie FLECIKI, którego nazwa w żadnym stopniu nie ostrzega przed ryjącymi mózg dźwiękami, na jakie jestem co tydzień narażona.
-palce mam skłute od igieł ochoczych członkiń koła DEKORKA, które z entuzjazmem szyją i szyją a ja nawlekam, nawlekam, ratuję i ratuję i plastry kleję.
czasami dekorki dostają zlecenie i wtedy panika i kłucie narasta
- w wolnych chwilach gotuję zalewajkę razem z czarownicami
a potem skarmiamy nią niczego nie spodziewających się pierwszaków, mamiąc ich nazwą "zupa czarownicy". W tym dniu padła od najedzonej gawiedzi propozycja, aby w wiadomym celu udać się do miejsc pamięci narodowej, ale zważywszy na halloweenowy wygląd większości, niedobry wychowawca odwlekł w czasie latanie po grobach , tłuczenie szklanych zniczy ( jeszcze w placówce) i polewanie wzajemne roztopionym woskiem.
Zostało mi to wspaniałomyślnie wybaczone
kwiatek imieninowy od "wdzięcznych pacjentów"( przynajmniej KTOŚ pamiętał)
ŚLUBNY od września zamienił się w zupełnie nieperfekcyjną , ale za to panią domu i został zmuszony do GOTOWANIA!!!!
-Ale nie żebym tak ciągle musiał dla tej całej włoskiej rodziny gotować!- odgraża się średnio raz w tygodniu, bo nigdy nie wiemy, ile osób zasiądzie do stołu ( zdarzają się NARZECZONE!!!)
Z tego wycieńczenia zdrzemnął się kiedyś na fotelu , dając mi możliwość spokojnej rozmowy z POSIADACZKĄ DOMU Z WYGODAMI ( czyli GURU, bo też tak chcę). Gdy na tapecie była akurat nowa domowa kanapa, przebudził się, jak Śpiąca królewna ze stuletniego snu i WŁĄCZYŁ DO ROZMOWY:
-Nie, nowa nie ma prawa się tak zachowywać- odbierając mi na chwilę mowę i dech.
Próbowałam na migi pokazać mu,że rozmawiam i to z GURU!!!!, ale widać gotowanie obiadów osłabia wzrok, bo kontynuował gromko:
-Trzeba ją ustawić do pionu!- wywołując tym razem ciszę po drugiej stronie drutu.
Szybko się pożegnałam.
-Odwaliło ci?!- grzecznie zwróciłam się do ZDEZORIENTOWANEGO.
-No, co...-próbował się bronić- NIE WIDZIAŁEM,że masz słuchawkę w uchu, a zawsze mówisz,że cię nie słucham, to chciałem sensownie zagaić!
Pogoniłam gada z pokoju, ale wrócił jak bumerang z pytaniem:
-A MY TO JESTEŚMY PEŁNĄ RODZINĄ?- i gdy już myślałam,że się kaja i boi rozwodu, wyjaśnił:
-BO NIE WIEM ILE PAR BUTÓW STOI W PRZEDPOKOJU ( czytaj- "Czy narzeczone w domu?")
Liczyłam,że się zrehabilituje w dniu IMIENIN PANI DOMU ( hiacynt "od klasy" przemycony i sprytnie schowany za zasłonką,żeby sprawdzić JAK rodzina pamięta o mamusi i żonie)- zabrał mnie na zakupy ani słowem nie wspominając o SZCZEGÓLNYM DNIU.
-Chyba sobie kolczyki włożę z tej okazji- zagaiłam -wydawało mi się zalotnie
-Włóż, włóż, żeby cie w sklepie Z CHŁOPEM nie pomylili!
MÓJ KOCHANY PAMIĘTNICZKU, CZY TO JUŻ KONIEC ZWIĄZKU, CZY DEFINITYWNY ROZKŁAD POŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO?
ZROZPACZONA :)))))
CDN (jeśli ktoś zechce czytać)
środa, 14 października 2015
Krótka piłka z okazji święta
Dziś spędziłam w Placówce uroczy dzień. Najpierw konferencje od 8.30 a potem do 15. 30 w pięć pełnych zapału nauczycielek, pilnowałyśmy jednego czwartoklasisty, który za nic nie chciał bawić się klockami na świetlicy, gdy wszyscy inni poszli do domu, a odrabiać nie miał co, bo dziś lekcji nie było! I to by było na tyle, jako komentarz do ministerialnego przesłania "Bawcie się, drodzy nauczyciele!"
Ale nie narzekam, bo od tego robią się zmarchy i wykrzywia lico. Tym bardziej,że wychowankowie dostarczają cały czas bodźców do rozwoju osobistego i zdobywania nowych kwalifikacji. Nawet orbitrek niepotrzebny, gdy przegrywa się z własnym uczniem grę w zagadki przyrodnicze i za karę robi przysiady ( proponował "bombki"- bo myli mu się p i b ale wynegocjowałam! Dobrze,że wcześniej rozmawialiśmy o ulubionych słodyczach i opowiadał jakie smaczne "bączki" robi jego mama, bo byłabym w strachu)). Uczeń- ksywa SPONSOR (bo nauczany indywidualnie), uwielbia kończyć przed czasem zadania , co zdarza mu się nader rzadko ( na szczęście dla mnie) i zawsze wtedy proponuje zgadywanki, na co ja zwykle lekkomyślnie się zgadzam.
Dla chętnych ( w końcu dzień edukacji mamy)- darmowy sprawdzian:
Pytanie nr 1:
-Jak nazywa się jaszczurka z trującą śliną?- wzrok SPONSORA aż jarzy się radością zginającą kolana bezradnego wychowawcy do przysiadu, ale nie ze mną te numery- 30 lat praktyki- Ja wiem, co dzieci interesuje najbardziej.
-WARAN!- odpowiadam śmiało i nie mam bladego pojęcia, czy zgodnie z prawdą, ale tym razem jestem pewna,że wiem , co autor miał na myśli.
Czoło SPONSORA marszczy się w niezadowoleniu.
-Doooooobrze- przyznaje z niechęcią, ale już widać,że kombinuje. Nagle na lico wypełza niewinna radość:
-Ale nie powiedziała pani,że Z KOMODĄ! WARAN Z KOMODĄ!- wyjaśnia osłupiałej i kolana same się zginają do przysiadu.
Po serii pytań łatwych ( kolana dziękują mi lekkim skrzypem), finał:
-Jak nazywa się robak, który mieszka w ZGNIŁYCH GACIACH?!- poddaję się od razu, ale żądam wyjaśnień, bo skojarzenia mam jednoznaczne i absolutnie nienadające się do upublicznienia.
Satysfakcja na twarzy sponsora miesza się z wyraźnym zniecierpliwieniem:
-DUŻY PAJONK!- wyjaśnia.
-Jak to pająk?- nie daję za wygraną.
-No, przecież jak znaleźliśmy z tatą na działce te stare, zgniłe gacie i tata je podniósł patykiem, to pod nimi był taaaki ( tu następuje pokaz pająka wielkości co najmniej kota) PAJONK!
Robię przysiad!Należało mi się!
Człowiek uczy się całe życie
Ale nie narzekam, bo od tego robią się zmarchy i wykrzywia lico. Tym bardziej,że wychowankowie dostarczają cały czas bodźców do rozwoju osobistego i zdobywania nowych kwalifikacji. Nawet orbitrek niepotrzebny, gdy przegrywa się z własnym uczniem grę w zagadki przyrodnicze i za karę robi przysiady ( proponował "bombki"- bo myli mu się p i b ale wynegocjowałam! Dobrze,że wcześniej rozmawialiśmy o ulubionych słodyczach i opowiadał jakie smaczne "bączki" robi jego mama, bo byłabym w strachu)). Uczeń- ksywa SPONSOR (bo nauczany indywidualnie), uwielbia kończyć przed czasem zadania , co zdarza mu się nader rzadko ( na szczęście dla mnie) i zawsze wtedy proponuje zgadywanki, na co ja zwykle lekkomyślnie się zgadzam.
Dla chętnych ( w końcu dzień edukacji mamy)- darmowy sprawdzian:
Pytanie nr 1:
-Jak nazywa się jaszczurka z trującą śliną?- wzrok SPONSORA aż jarzy się radością zginającą kolana bezradnego wychowawcy do przysiadu, ale nie ze mną te numery- 30 lat praktyki- Ja wiem, co dzieci interesuje najbardziej.
-WARAN!- odpowiadam śmiało i nie mam bladego pojęcia, czy zgodnie z prawdą, ale tym razem jestem pewna,że wiem , co autor miał na myśli.
Czoło SPONSORA marszczy się w niezadowoleniu.
-Doooooobrze- przyznaje z niechęcią, ale już widać,że kombinuje. Nagle na lico wypełza niewinna radość:
-Ale nie powiedziała pani,że Z KOMODĄ! WARAN Z KOMODĄ!- wyjaśnia osłupiałej i kolana same się zginają do przysiadu.
Po serii pytań łatwych ( kolana dziękują mi lekkim skrzypem), finał:
-Jak nazywa się robak, który mieszka w ZGNIŁYCH GACIACH?!- poddaję się od razu, ale żądam wyjaśnień, bo skojarzenia mam jednoznaczne i absolutnie nienadające się do upublicznienia.
Satysfakcja na twarzy sponsora miesza się z wyraźnym zniecierpliwieniem:
-DUŻY PAJONK!- wyjaśnia.
-Jak to pająk?- nie daję za wygraną.
-No, przecież jak znaleźliśmy z tatą na działce te stare, zgniłe gacie i tata je podniósł patykiem, to pod nimi był taaaki ( tu następuje pokaz pająka wielkości co najmniej kota) PAJONK!
Robię przysiad!Należało mi się!
Człowiek uczy się całe życie
niedziela, 27 września 2015
zatorbiłam, czyli znowu obsuwa
-Nie masz czasu a torby szyjesz- wyrzuty Ślubnego vel Wielbiciela Niedzielnego Rosołu świdrują mi mózg, a że dziurawy od świdrowania ulatują swobodnie w przestrzeń i nikną w jesiennej mgle a ja zatorbiam dalej:
w barwach ziemi
z tęczą
na wesoło
bo co mi pozostaje, gdy robota w PLACÓWCE wre aż miło, czego dowodem są m. in dialogi z Wychowawcą (czyli mną we własnej znękanej osobie)
-Czy jest otwarty sklepik? (ok 100000 razy dziennie)
-Nie
A dlaczemu? I człowiek odpowiada sam sobie- bo były niezdrowe rzeczy....- milknie na sekundę w zadumie i ciszy, aby uczcić tą chwilą zgon swojego ulubionego miejsca w szkole(zaraz po toalecie) i już WW (czyli wszechwiedzący wychowawca) myśli, że temat umarł sam z siebie, gdy do dyskusji włącza się NIEZAPOMINAJKA:
-Bo nie wolno jeść rzeczy niezdrowych, bo na przykład papier jest niezdrowy-wyjaśnia ze smutkiem w błękitnych oczętach ,a na widok wychowawcy szybko usuwającego papiery z niezapominajkowego zasięgu, szybko dodaje:
- I CZIPSY I GAZY! (cokolwiek by to miało znaczyć).
KONIEC PRZERWY RATUJE MÓJ MÓZG PRZED ZRYCIEM!
Na następnej przerwie w obawie przed kontynuacją tej jakże ciekawej , wszystkożernej rozmowy wysyłam NIEZAPOMINAJKĘ do KOLEŻANKI po szary papier ( arkusze duże -może doniesie i nie zje),żeby nie było z dokładną instrukcją:
-powiedz Dzień dobry i zapytaj, czy NASZA PANI nie zostawiła tu arkuszy szarego papieru , tego na plakaty- wiesz jakiego? ( energiczne kiwanie warkoczami upewnia mnie,że wie). Jeśli są za szafą to je przynieś, WSZYSTKIE! (może koniec polecenia uchroni papier przed konsumpcją).
POLEEEEEECIAŁA!
Wraca niosąc około metra papieru toaletowego- SZAREGO! i wręcza mi z dumą!
LEEEEECĘ sama!
Wersja KOLEŻANKI:
-Weszła i zagaiła- Nasza pani chce papieru i wskazała na rolkę o średnicy ok. pół metra na biurku KOLEŻANKI( akurat było sprzątanie po powodzi napojów wyskokowych , bo same wyskakują z bidonów i butelczyn).
KOLEŻANKA użyczyła , ale NIEZAPOMINAJKA nie dała się zbyć:
-ALE CAŁĄ!- i oskarżycielski paluszek wyraźnie wskazał na potencjalny łup.
Ale nie z KOLEŻANKĄ te numery- odesłała zaborcę z kwitkiem ( długim na metr)
I jak tu nie zatrobiać?
PS. Reset torbowy konieczny, bo jutro mówimy o darach jesieni- niektórzy już przynieśli, stąd dialog:
-A skąd macie grzyby? ( ćwierkająca Nasza Pani)
-A Z TARGU!- PO 36 ZETA ZA KILO!- odćwierkująca DARCZYŃCZYNI:)
czwartek, 27 sierpnia 2015
wyjeżdżywam, czyli nie wiem gdzie jadę , ale jadę!
W odróżnieniu od stałego relaksu w przytulisku, które przejawia się u niektórych
czytaniem w hamaczku należącym do Wiadomo Kogo
czytaniem pod obórką w ukryciu za paprociami
i porzucaniem lektury bele gdzie,żeby w spokoju zatorbiać
niektórzy ( synowie teściów) pojmują go nieco inaczej
ale cóż, gdy się zezwoliło na destrojkę
i piwnica zieje dziurą, zwabiając zaskrońce , żaby i myszy wszelakie, trzeba kielnię w dłoń wziąć i kląć, kląć, kląć. Cóż, każdego szkoda a ja akurat jestem bezlitosna.
Gdy już Cheops zasiedli swoje podziemia niezwłocznie wstawię fotki, na razie uzbrajam się w cierpliwość (podwójną, bo rok szkolny za pasem) i przestawiam na tor -ROBOTA!
W fabryce duże zmiany, bo DEREKTOR zwiewa na emeryturę, a my mamy zamiast niego NIESPODZIANKĘ ( w teczce z miasta), ale tak czasami bywa i chyba będzie się działo, bo NIESPODZIANKA akurat mojej specjalności, więc prześwietli nas jak nic.
Na początek okopała się w gabinecie i czekała na to, kto się zgłosi na viceniespodziankę.
-NIE WYBRALIIIIII MIEEEEEE-zawyłam wtaczając się do domu ,po wyczerpującym dniu zapoznawczym z NIESPODZIANKĄ.
-A zgłosiłaś się?????!- skronie ŚLUBNEGO posiwiały w sekundzie jeszcze o włos-zawsze mówiłaś,że to fucha nie dla osób gubiących namiętnie dokumenty i zawalających sprawozdania ( cóż za wnikliwa analiza!)
-No... nie, ale MOGLI wybrać- ŚLUBNY popukał się znacząco w czoło i oddalił do swoich ważnych obowiązków a ja potruchtałam do składziku, aby zgromadzić akcesoria niezbędne w pierwszych dniach pracy- 10 przepastnych toreb z IKEA i wszystkie dostępne z niepoobrywanymi uszami z Biedry.
Jak zwykle czekała mnie bowiem ( i resztę sióstr w nieszczęściu) PRZEPROWADZKA,bo jeśli ktoś myśli,że nauczyciele pod koniec wakacji piszą plany, scenariusze to grubo się myli- u nas w Placówce- nauczyciel się przeprowadza!A że gradobicia przez 31 lat trochę się zgromadziło, to błogosławiłam w duchu farta , który sprawił,że przeprowadzałam się w rozwinięciu poziomym, szurając torbami po korytarzu (KOLEŻANKA myślała,że pada deszcz a to ja tak padałam) a nie w pionie sturliwując się w dół ,lub wczołgując pod górkę. Wszystkie torby wypełniły się wiedzą i na dziś wystarczy ! Rozpakowywanie zostawiam na poniedziałek, bo dziś pakuję się na wyjazd w nieznane!
To tzw. wycieczka z pracy, a wiemy tylko tyle ( jak zazwyczaj u nas-czeski film) ,że czekają Bieszczady! Hipotezy co do noclegu sprawiły,że bierzemy WSZYSTKO, co się da zmieścić do torby. Obowiązkowo biorę mój kultowy wycieczkowy notes- a nuż się coś ZADZIEJE!?
W poczekalni czeka relacja z wczasowania, ale poczeka i się spatyni. KOLEŻANKA zajęła się wyszynkiem, jest więc szansa,że z pisaniem będzie kiepsko, ale może uda się coś skrobnąć na bieżąco ( osiołka z internetem biorę ze sobą)
No to chyba Ahoj przygodo i do...poczytania!
czytaniem w hamaczku należącym do Wiadomo Kogo
czytaniem pod obórką w ukryciu za paprociami
i porzucaniem lektury bele gdzie,żeby w spokoju zatorbiać
niektórzy ( synowie teściów) pojmują go nieco inaczej
ale cóż, gdy się zezwoliło na destrojkę
i piwnica zieje dziurą, zwabiając zaskrońce , żaby i myszy wszelakie, trzeba kielnię w dłoń wziąć i kląć, kląć, kląć. Cóż, każdego szkoda a ja akurat jestem bezlitosna.
Gdy już Cheops zasiedli swoje podziemia niezwłocznie wstawię fotki, na razie uzbrajam się w cierpliwość (podwójną, bo rok szkolny za pasem) i przestawiam na tor -ROBOTA!
W fabryce duże zmiany, bo DEREKTOR zwiewa na emeryturę, a my mamy zamiast niego NIESPODZIANKĘ ( w teczce z miasta), ale tak czasami bywa i chyba będzie się działo, bo NIESPODZIANKA akurat mojej specjalności, więc prześwietli nas jak nic.
Na początek okopała się w gabinecie i czekała na to, kto się zgłosi na viceniespodziankę.
-NIE WYBRALIIIIII MIEEEEEE-zawyłam wtaczając się do domu ,po wyczerpującym dniu zapoznawczym z NIESPODZIANKĄ.
-A zgłosiłaś się?????!- skronie ŚLUBNEGO posiwiały w sekundzie jeszcze o włos-zawsze mówiłaś,że to fucha nie dla osób gubiących namiętnie dokumenty i zawalających sprawozdania ( cóż za wnikliwa analiza!)
-No... nie, ale MOGLI wybrać- ŚLUBNY popukał się znacząco w czoło i oddalił do swoich ważnych obowiązków a ja potruchtałam do składziku, aby zgromadzić akcesoria niezbędne w pierwszych dniach pracy- 10 przepastnych toreb z IKEA i wszystkie dostępne z niepoobrywanymi uszami z Biedry.
Jak zwykle czekała mnie bowiem ( i resztę sióstr w nieszczęściu) PRZEPROWADZKA,bo jeśli ktoś myśli,że nauczyciele pod koniec wakacji piszą plany, scenariusze to grubo się myli- u nas w Placówce- nauczyciel się przeprowadza!A że gradobicia przez 31 lat trochę się zgromadziło, to błogosławiłam w duchu farta , który sprawił,że przeprowadzałam się w rozwinięciu poziomym, szurając torbami po korytarzu (KOLEŻANKA myślała,że pada deszcz a to ja tak padałam) a nie w pionie sturliwując się w dół ,lub wczołgując pod górkę. Wszystkie torby wypełniły się wiedzą i na dziś wystarczy ! Rozpakowywanie zostawiam na poniedziałek, bo dziś pakuję się na wyjazd w nieznane!
To tzw. wycieczka z pracy, a wiemy tylko tyle ( jak zazwyczaj u nas-czeski film) ,że czekają Bieszczady! Hipotezy co do noclegu sprawiły,że bierzemy WSZYSTKO, co się da zmieścić do torby. Obowiązkowo biorę mój kultowy wycieczkowy notes- a nuż się coś ZADZIEJE!?
W poczekalni czeka relacja z wczasowania, ale poczeka i się spatyni. KOLEŻANKA zajęła się wyszynkiem, jest więc szansa,że z pisaniem będzie kiepsko, ale może uda się coś skrobnąć na bieżąco ( osiołka z internetem biorę ze sobą)
No to chyba Ahoj przygodo i do...poczytania!
sobota, 25 lipca 2015
Nie dajmy się emocjom, czyli na wsi z pomocnikiem
Ślubny uwielbia robić niespodzianki. Najnowsza- zabieramy na wieś POMOCNIKA !Chociaż zważywszy na szanowną osobę, powinien powiedzieć INICJATORA. Chodzi tu o szanownego teścia lat 85, który( nie zważając na wiek) w czerwcu ( dobrze,że mnie przy tym nie było, bo zeszłabym na zawał) latał po dachu obory i cementował dachówki. Po drabinie, bez żadnego zabezpieczenia! Bateria duracell chyba była na nim wzorowana.
-Będziemy sobie tylko delikatnie coś tam dłubać- wyjaśnił Ślubny- nic wielkiego, bo upały, a poza tym ojciec ma przecież 85lat!!!
Tak jakbym tego nie wiedziała.Ostatnio, gdy byliśmy razem na wsi, chciał rozbierać stodołę, albo chociaż szopkę (obroniłam własną piersią przed DESTROYEREM)'
Na powitanie pokłoniła nam się jabłonka,
która z niewiadomych przyczyn wzięła się przewróciła i uschła na amen.
Teść aż pojaśniał na ten widok i od razu zaczął wytargiwać piłę spalinową.
Zanim rozpakowałam zakupy i pootwierałam okna, jabłonka zamieniła się w klocuszki równo poukładane w stodole.
-Bierzemy się za studnię!- zarządził
-Co chcecie robić?- odciągnęłam na bok ŚLUBNEGO, ale tylko przewrócił oczami i poszedł szukać narzędzi.
Zaraz przyleciał z donosem- Tylko będziemy się ZASTANAWIAĆ jak pogłębić studnię- próbował mnie uspokoić
-Ostatnio takie zastanawianie zapowietrzyło wam instalacje na amen i zamuliło hydrofor- usiłowałam ostudzić zapędy, ale już go nie było.
Dobrze,że wzięłam szydełko- to mnie uspokoi- mruczałam sama do siebie i postanowiłam nie przejmować się i zabrać za obiad.
Kran w kuchni odpowiedział na moje starania buczeniem.
-Co jest z wodą?!!!!- wydarłam się w przestrzeń.
Przestrzeń zaraz się zmaterializowała z błotem na butach i agonią w oczach.
-Poniosły nas emocje- próbował wyjaśnić i zaprowadził za słabnącą rękę przed dom ,żeby mi pokazać,ze TYM razem zabezpieczono zapasy wody.
-Na kąpiele błotne?- pytanie retoryczne zawisło w próżni. bo jak tu wytłumaczyć niczegonierozumiejącej,że najpierw dźgało się drągiem dno studni i wyciągało wpuszczoną tam rurę, a dopiero potem zabezpieczyło odpowiedni zapas błotnistej cieczy.
- Ale teraz to już nic nie robimy, bo czekamy ,aż się woda ustoi i w ogóle nie masz co się denerwować- pacyfikował mnie POMOCNIK POMOCNIKA.
Absolutnie nie denerwowałam się, tylko sięgnęłam wgłąb jeszcze ciepłej lodówki i wyciągnęłam wsadzony tam na czarną godzinę bigos od przewidującej teściowej.Czarna godzina właśnie nadeszła, a ja ze spokojem ( przydała się praca nad sobą z Youtubowymi couchami) zabrałam się za szydełko
Nagle za oknem zamigotała nowa drabina, bo okazało się,że czas oczekiwania można sobie umilić naprawą anteny na dachu
Dzień drugi zaowocował torebką i szalem
W torebkę zamiast guzika wszyłam kamień- pracowicie wygrzebany z leśnej drogi i pokazałam majstrom,że ruch obrotowy wykonany owąż może skutkować utratą zdrowia powyżej dni siedmiu ( w dzierganiu towarzyszyła mi pikselująca na naprawionej antenie sędzia Anna M...)
Pracownicy mnie zignorowali, bo mieli ważniejsze rzeczy do roboty.
Na chwilę spuściłam ich z oka ( mieli wypoczywać na leżakach) i ze słuchawkami na uszach z muzyką relaksacyjną zajęłam się garami.Gdy skończyłam element architektoniczny z wizytówki bloga odszedł w niebyt a została??????
i
gratisowo kupa gruzu
-Co to ma być????-myślałam,że mam zwidy.
-Tu będzie nowe wejście do piwnicy,żebyś się nie musiała schylać- ŚLUBNEGO rozpierała duma. Nie wiem, co rozpierało POMOCNIKA, bo zadekował się w chłodnej piwnicy.
-A skąd weźmiemy większe drzwi?- pytanie okazało się karkołomne dla ŚLUBNEGO a odpowiedź dobijająca dla mnie, bo okazało się,że do nowej piwniczki prowadzić mają blokowe drzwi- Z SZYBĄ!
-No żarty chyba!- osłabłam na kupie gruzu- przecież to zupełnie nie pasuje...
-Zeszlifuje się do drewna- dobiegł mnie głos z piwnicy.
-PILŚNIĘ?!!!-prawie się wydarłam i zostawiłam ich zgłębiających tajniki drzwi blokowych z lat 80, których niedawno pozbyliśmy się z naszego blokowiska.
Gdy coś wymyślą ,na pewno o tym napiszę, a na razie dziergam dalej, bo inaczej krew się poleje.
PS.
-Ja się chyba wy-koń- czę!!!- ŚLUBNY przyleciał po ratunek a usłyszał w odpowiedzi jedynie:
-Widziały gały, co brały!
-Będziemy sobie tylko delikatnie coś tam dłubać- wyjaśnił Ślubny- nic wielkiego, bo upały, a poza tym ojciec ma przecież 85lat!!!
Tak jakbym tego nie wiedziała.Ostatnio, gdy byliśmy razem na wsi, chciał rozbierać stodołę, albo chociaż szopkę (obroniłam własną piersią przed DESTROYEREM)'
Na powitanie pokłoniła nam się jabłonka,
która z niewiadomych przyczyn wzięła się przewróciła i uschła na amen.
Teść aż pojaśniał na ten widok i od razu zaczął wytargiwać piłę spalinową.
Zanim rozpakowałam zakupy i pootwierałam okna, jabłonka zamieniła się w klocuszki równo poukładane w stodole.
-Bierzemy się za studnię!- zarządził
-Co chcecie robić?- odciągnęłam na bok ŚLUBNEGO, ale tylko przewrócił oczami i poszedł szukać narzędzi.
Zaraz przyleciał z donosem- Tylko będziemy się ZASTANAWIAĆ jak pogłębić studnię- próbował mnie uspokoić
-Ostatnio takie zastanawianie zapowietrzyło wam instalacje na amen i zamuliło hydrofor- usiłowałam ostudzić zapędy, ale już go nie było.
Dobrze,że wzięłam szydełko- to mnie uspokoi- mruczałam sama do siebie i postanowiłam nie przejmować się i zabrać za obiad.
Kran w kuchni odpowiedział na moje starania buczeniem.
-Co jest z wodą?!!!!- wydarłam się w przestrzeń.
Przestrzeń zaraz się zmaterializowała z błotem na butach i agonią w oczach.
-Poniosły nas emocje- próbował wyjaśnić i zaprowadził za słabnącą rękę przed dom ,żeby mi pokazać,ze TYM razem zabezpieczono zapasy wody.
-Na kąpiele błotne?- pytanie retoryczne zawisło w próżni. bo jak tu wytłumaczyć niczegonierozumiejącej,że najpierw dźgało się drągiem dno studni i wyciągało wpuszczoną tam rurę, a dopiero potem zabezpieczyło odpowiedni zapas błotnistej cieczy.
- Ale teraz to już nic nie robimy, bo czekamy ,aż się woda ustoi i w ogóle nie masz co się denerwować- pacyfikował mnie POMOCNIK POMOCNIKA.
Absolutnie nie denerwowałam się, tylko sięgnęłam wgłąb jeszcze ciepłej lodówki i wyciągnęłam wsadzony tam na czarną godzinę bigos od przewidującej teściowej.Czarna godzina właśnie nadeszła, a ja ze spokojem ( przydała się praca nad sobą z Youtubowymi couchami) zabrałam się za szydełko
Nagle za oknem zamigotała nowa drabina, bo okazało się,że czas oczekiwania można sobie umilić naprawą anteny na dachu
Dzień drugi zaowocował torebką i szalem
W torebkę zamiast guzika wszyłam kamień- pracowicie wygrzebany z leśnej drogi i pokazałam majstrom,że ruch obrotowy wykonany owąż może skutkować utratą zdrowia powyżej dni siedmiu ( w dzierganiu towarzyszyła mi pikselująca na naprawionej antenie sędzia Anna M...)
Pracownicy mnie zignorowali, bo mieli ważniejsze rzeczy do roboty.
Na chwilę spuściłam ich z oka ( mieli wypoczywać na leżakach) i ze słuchawkami na uszach z muzyką relaksacyjną zajęłam się garami.Gdy skończyłam element architektoniczny z wizytówki bloga odszedł w niebyt a została??????
i
gratisowo kupa gruzu
-Co to ma być????-myślałam,że mam zwidy.
-Tu będzie nowe wejście do piwnicy,żebyś się nie musiała schylać- ŚLUBNEGO rozpierała duma. Nie wiem, co rozpierało POMOCNIKA, bo zadekował się w chłodnej piwnicy.
-A skąd weźmiemy większe drzwi?- pytanie okazało się karkołomne dla ŚLUBNEGO a odpowiedź dobijająca dla mnie, bo okazało się,że do nowej piwniczki prowadzić mają blokowe drzwi- Z SZYBĄ!
-No żarty chyba!- osłabłam na kupie gruzu- przecież to zupełnie nie pasuje...
-Zeszlifuje się do drewna- dobiegł mnie głos z piwnicy.
-PILŚNIĘ?!!!-prawie się wydarłam i zostawiłam ich zgłębiających tajniki drzwi blokowych z lat 80, których niedawno pozbyliśmy się z naszego blokowiska.
Gdy coś wymyślą ,na pewno o tym napiszę, a na razie dziergam dalej, bo inaczej krew się poleje.
PS.
-Ja się chyba wy-koń- czę!!!- ŚLUBNY przyleciał po ratunek a usłyszał w odpowiedzi jedynie:
-Widziały gały, co brały!
sobota, 18 lipca 2015
trochę kultury wysokiej ,czyli na targu się było
Moje nowe odkrycie. Obok cotygodniowego targu owocowo szmatowoubraniowego, w pobliskim Będzinie gromadzą się:
Przypadek nr 1-pan Konkretny kontra Sprzedawca
-Patrz Józek ( to do kolegi Konkretnego), jaki fajny nóż ( kosa,że i Rambo by się obejrzał). Ile Pan chcesz za niego?
-A ile pan dajesz?- sprzedawca postanowił najpierw przeprowadzić badanie rynku, a że OBOPU nigdzie w pobliżu nie było, musiał radzić sobie sam.
-Ja??? Uprzejmie zdziwił się konkretny- NIC!, bo fajny , ale tępy jak CH.....J!
I zostawiwszy nas w stuporze i zamyśleniu nad precyzją porównania, się oddalił.
Przypadek nr2- Obieżyswiatka kontra reszta świata ( przy firankach na sznurze)
-Ja to Pani ( zwracając się do sprzedającej, która z wiadomych względów nie mogła się salwować ucieczką) już pięć razy w Egipcie byłam i jeszcze bym pojechała!
-A nie boi się pani zamieszek?- wtrąciła się inna firankowiczka.
-Paaaani, jakie zamieszki ?!,Jak tam wojska więcej niż normalnych ludzi ( i tu się zgodzę, bo takich pań w kreacjach rybaczkowo szpileczkowych ufryzowanych jak na wesele, to na pewno w Egipcie za dużo nie ma, ale nie byłam, więc wiadomo,że się nie znam- pozostało tylko słuchanie i chłonięcie).
-Toż wiadomo,że się tam na żadne piramidy nie jedzie, ale w hotelu jest super- dodała gwoli uzupełnienia, gdy brwi pozostałych rozmówczyń zaczęły niebezpiecznie windować się w górę.
-I w Maroku byłam- powiem pani, to nie to, co jakieś Hiszpanie , czy Grecje- wróciłabym tam jeszcze kilka razy, tak samo jak do Tunezji.-rozmarzyła się.
Kurde balans, to tylko JA nigdzie nie jeżdżę- pomyślałam, widocznie Obieżyświatka mój limit wyczerpuje.
-A mój syn był w Grecji i podobało mu się- wtrąciła swoje trzy grosze niczego nie podejrzewająca firankowiczka.
Żwir zachrzęścił złowrogo pod obcasikami Obieżyświatki a mordercze spojrzenie zza woalu firanki zaczęło w tłumie szukać ofiary.
-Grecja? brud i smród- Obieżyświatka była bezwzględna.
-Co Polak to opinia-próbowałam wtrącić swoje trzy grosze, ale nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
-Bo to trzeba do kurortów jeździć- Firankowiczka próbowała się okopać.
-A ja, to co, niby na wiochę jeżdzę!!!!????- głos Obieżyświatki wzniósł się na niebezpieczne wyżyny ( dobrze,że kartony z porcelaną były kilka metrów dalej) Ja proszę pani ( tu fryzura aż się zatrzęsła z oburzenia) nie na byle co, tylko zawsze na LASTĘ MINUTĘ (wymowa oryginalna) jeżdżę!
Dalej już nie słuchałam, bo poszłam na bok kontemplować fakt,że u nas TAKICH ofert nie ma i dlatego pewnie ŚLUBNY nigdzie na LASTĘ MINUTĘ mnie nie zabiera.
A grzebanie opłaciło się:
a terminy gonią, bo znajoma Artystka ( w dodatku prawdziwa) chce zabrać moje torbiszony na wycieczkę do samego Gdańska.
- handlarze
- przypadkowi sprzedający
- panowie, co posprzątali żonom piwnicę.
Przypadek nr 1-pan Konkretny kontra Sprzedawca
-Patrz Józek ( to do kolegi Konkretnego), jaki fajny nóż ( kosa,że i Rambo by się obejrzał). Ile Pan chcesz za niego?
-A ile pan dajesz?- sprzedawca postanowił najpierw przeprowadzić badanie rynku, a że OBOPU nigdzie w pobliżu nie było, musiał radzić sobie sam.
-Ja??? Uprzejmie zdziwił się konkretny- NIC!, bo fajny , ale tępy jak CH.....J!
I zostawiwszy nas w stuporze i zamyśleniu nad precyzją porównania, się oddalił.
Przypadek nr2- Obieżyswiatka kontra reszta świata ( przy firankach na sznurze)
-Ja to Pani ( zwracając się do sprzedającej, która z wiadomych względów nie mogła się salwować ucieczką) już pięć razy w Egipcie byłam i jeszcze bym pojechała!
-A nie boi się pani zamieszek?- wtrąciła się inna firankowiczka.
-Paaaani, jakie zamieszki ?!,Jak tam wojska więcej niż normalnych ludzi ( i tu się zgodzę, bo takich pań w kreacjach rybaczkowo szpileczkowych ufryzowanych jak na wesele, to na pewno w Egipcie za dużo nie ma, ale nie byłam, więc wiadomo,że się nie znam- pozostało tylko słuchanie i chłonięcie).
-Toż wiadomo,że się tam na żadne piramidy nie jedzie, ale w hotelu jest super- dodała gwoli uzupełnienia, gdy brwi pozostałych rozmówczyń zaczęły niebezpiecznie windować się w górę.
-I w Maroku byłam- powiem pani, to nie to, co jakieś Hiszpanie , czy Grecje- wróciłabym tam jeszcze kilka razy, tak samo jak do Tunezji.-rozmarzyła się.
Kurde balans, to tylko JA nigdzie nie jeżdżę- pomyślałam, widocznie Obieżyświatka mój limit wyczerpuje.
-A mój syn był w Grecji i podobało mu się- wtrąciła swoje trzy grosze niczego nie podejrzewająca firankowiczka.
Żwir zachrzęścił złowrogo pod obcasikami Obieżyświatki a mordercze spojrzenie zza woalu firanki zaczęło w tłumie szukać ofiary.
-Grecja? brud i smród- Obieżyświatka była bezwzględna.
-Co Polak to opinia-próbowałam wtrącić swoje trzy grosze, ale nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
-Bo to trzeba do kurortów jeździć- Firankowiczka próbowała się okopać.
-A ja, to co, niby na wiochę jeżdzę!!!!????- głos Obieżyświatki wzniósł się na niebezpieczne wyżyny ( dobrze,że kartony z porcelaną były kilka metrów dalej) Ja proszę pani ( tu fryzura aż się zatrzęsła z oburzenia) nie na byle co, tylko zawsze na LASTĘ MINUTĘ (wymowa oryginalna) jeżdżę!
Dalej już nie słuchałam, bo poszłam na bok kontemplować fakt,że u nas TAKICH ofert nie ma i dlatego pewnie ŚLUBNY nigdzie na LASTĘ MINUTĘ mnie nie zabiera.
A grzebanie opłaciło się:
takie zdobycze za całe 15 zł łącznie
Jutro prawdziwy Targ staroci, znowu pójdę wydawać niepotrzebnie ciężko zarobione pieniądze zamiast szyća terminy gonią, bo znajoma Artystka ( w dodatku prawdziwa) chce zabrać moje torbiszony na wycieczkę do samego Gdańska.
sobota, 11 lipca 2015
Wypoczynek, wypoczynkiem a robić nie ma komu
W/w cytat z klasyka myśli polskiej ( prywatnie ŚLUBNEGO) słyszałam już tyle razy,że " tom razom" nie zrobił już na mnie wrażenia i już widziałam się na leżaczku, w hamaczku, na krzesełku z lekturą i kawką. Niestety prorok miał rację, a skoro przytulisko powitało nas zmąconą wodą studzienną ( eksperymenty teścia i ślubnego mające poprawić jakość i ilość studzianki , a polegające na wesołych skokach wespół zespół po plastikowej rurze, która miała się wbić wgłąb studni a się nie wbiła tylko wzięła i pękła, widać się nie udały)
Woda czerpana lekko zajeżdżała szlamem i siarką ( wiadomo- PIEKŁO jest pod ziemią) i mycie się nią zapewniało bezpłatny piling i opaleniznę z uwagi na jej kawową barwę ( o posmaku nie napiszę, bom nie samobójca i nie próbowałam)
- Trzeba naciągnąć wiadrem!- obwieścił Kierownik i potoczył wzrokiem dookoła ( a jak wiemy robić nie ma komu).
Potoczyłam zaraz za nim i też nikogo chętnego nie zobaczyłam.
-Ja to bym się chciała umyć- wyjaśniłam swój wkład w wiekopomne dzieło i przed 30 stopniowym upałem schroniłam się w chacie, przezornie zamykając okna,żeby nie słyszeć miłych słów WODOCIĄGA.
A hydrofor tak zdradziecko pominięty wziął i padł, rzężąc uprzednio należycie, ale kto by go tam słuchał.
I tak zamiast
była jazda w upale do najbliższego miasta i zakup jednego z dwóch dostępnych hydroforów, który w dodatku nie zmieścił się pod podłogą i teraz nasz przedsionek przypomina,że Polska górami stoi , bo na środku mamy malowniczy i wydatny garb- chroniący nowy nabytek.
-Podwyższy się podłogę- eksperymentator podjął odważną decyzję. Oby tylko wtedy można było otwierać drzwi, ale to pryszcz- ocenił.
Wolałam się nie dopytywać, czy będziemy wkrótce wchodzić przez okno, bo narobiony człowiek nie był skłonny do żartów, co objawiło się żartem zupełnie nieśmiesznym:
-A JUTRO BĘDZIESZ ZBIERAĆ PORZECZKI!
I na znak swojej przewagi miast dwóch mieczy, wbił w niczego niespodziewające się podłoże- NOWY ZAKUP
mający chronić darmową siłę roboczą od słońca
A porzeczki jak widać obrodziły i chociaż miałam plany związane z dzierganiem, bo ostatnio zaszalałam
i miałam złudzenie,że wieczorami otulona szalami "zasiędę i dziedziczkę rżnąć będę", to złudzenia szybko się rozwiały, bo wieczorem musiałam dzierżyć w spracowanych rękach drabinę, na której szczycie KIEROWNIK poprawiał kabel antenowy, bo jakoś bez anteny nasz stuletni telewizor wyświetlał tylko mrówki.
-To przez ten bluszcz i winorośl, które zaplątały się wokół kabla- zaraz je odetnę- dobiegło z góry
-Żebyś tylko kabla nie odciął- doradziłam i zaraz w podzięce otrzymałam tzw. feedback
- %&*#@- bo pierwsze cięcie poszło w kabel.
Jakość obrazu jakoś znacząco nie wzrosła, za to morale na drabinie znacząco spadło.
Całe szczęście ,że ludzkość wymyśliła taśmę izolacyjną, która czasem ratuje życie! ( przynajmniej kablowi)
A gdy upały zabrały się do odwrotu i można by, upajając się lenistwem pod drzewem(bo porzeczki zadymionowane i zasłoikowane) zalec i się byczyć- urlop SZEFA SZEFÓW się skończył i trzeba było wracać do blokowiska, bez względu na atrakcyjnych gości.
Woda czerpana lekko zajeżdżała szlamem i siarką ( wiadomo- PIEKŁO jest pod ziemią) i mycie się nią zapewniało bezpłatny piling i opaleniznę z uwagi na jej kawową barwę ( o posmaku nie napiszę, bom nie samobójca i nie próbowałam)
- Trzeba naciągnąć wiadrem!- obwieścił Kierownik i potoczył wzrokiem dookoła ( a jak wiemy robić nie ma komu).
Potoczyłam zaraz za nim i też nikogo chętnego nie zobaczyłam.
-Ja to bym się chciała umyć- wyjaśniłam swój wkład w wiekopomne dzieło i przed 30 stopniowym upałem schroniłam się w chacie, przezornie zamykając okna,żeby nie słyszeć miłych słów WODOCIĄGA.
A hydrofor tak zdradziecko pominięty wziął i padł, rzężąc uprzednio należycie, ale kto by go tam słuchał.
I tak zamiast
była jazda w upale do najbliższego miasta i zakup jednego z dwóch dostępnych hydroforów, który w dodatku nie zmieścił się pod podłogą i teraz nasz przedsionek przypomina,że Polska górami stoi , bo na środku mamy malowniczy i wydatny garb- chroniący nowy nabytek.
-Podwyższy się podłogę- eksperymentator podjął odważną decyzję. Oby tylko wtedy można było otwierać drzwi, ale to pryszcz- ocenił.
Wolałam się nie dopytywać, czy będziemy wkrótce wchodzić przez okno, bo narobiony człowiek nie był skłonny do żartów, co objawiło się żartem zupełnie nieśmiesznym:
-A JUTRO BĘDZIESZ ZBIERAĆ PORZECZKI!
I na znak swojej przewagi miast dwóch mieczy, wbił w niczego niespodziewające się podłoże- NOWY ZAKUP
mający chronić darmową siłę roboczą od słońca
A porzeczki jak widać obrodziły i chociaż miałam plany związane z dzierganiem, bo ostatnio zaszalałam
i miałam złudzenie,że wieczorami otulona szalami "zasiędę i dziedziczkę rżnąć będę", to złudzenia szybko się rozwiały, bo wieczorem musiałam dzierżyć w spracowanych rękach drabinę, na której szczycie KIEROWNIK poprawiał kabel antenowy, bo jakoś bez anteny nasz stuletni telewizor wyświetlał tylko mrówki.
-To przez ten bluszcz i winorośl, które zaplątały się wokół kabla- zaraz je odetnę- dobiegło z góry
-Żebyś tylko kabla nie odciął- doradziłam i zaraz w podzięce otrzymałam tzw. feedback
- %&*#@- bo pierwsze cięcie poszło w kabel.
Jakość obrazu jakoś znacząco nie wzrosła, za to morale na drabinie znacząco spadło.
Całe szczęście ,że ludzkość wymyśliła taśmę izolacyjną, która czasem ratuje życie! ( przynajmniej kablowi)
A gdy upały zabrały się do odwrotu i można by, upajając się lenistwem pod drzewem(bo porzeczki zadymionowane i zasłoikowane) zalec i się byczyć- urlop SZEFA SZEFÓW się skończył i trzeba było wracać do blokowiska, bez względu na atrakcyjnych gości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































